AND THE OSCAR GOES TO…

AND THE OSCAR GOES TO…

Jedni ją kochają, drudzy nienawidzą, ale nikomu z filmowego światka nie pozostaje obojętna. Nagroda Amerykańskiej Akademii Wiedzy i Sztuki Filmowej, czyli popularny OSCAR przyznany zostanie dopiero w lutym roku następnego, ale już teraz zaczyna być o tym wydarzeniu głośno. Podstawowym rzecz jasna pytaniem jest, kto podczas 84. gali rozdania tychże nagród wybuchnie nieokiełznanym szałem radości po wypowiedzeniu słynnej sentencji prowadzącego: „And the Oscar goes to…”?

Jak to co roku bywa, już sama osoba prowadzącego (lub prowadzącej) wzbudza różnorakie emocje. Przyszłoroczne show, bo właśnie tym owa ceremonia jest od lat, po raz dziewiąty rozkręcać będzie Billy Crystal. Daleko mu co prawda do rekordu legendarnego Bob’a Hope’a, który to galę oscarową miał zaszczyt prowadzić (i współprowadzić) aż 17 razy, ale słynny komik ma dopiero 63 lata, podczas gdy Hope przeżył ich 100. Kandydatura Crystala nie była planowana, gdyż pierwotnie do tej roli nominowano Eddie’go Murphy’ego, jednak z powodu zawirowań wokół producenta imprezy (odważył się skrytykować środowiska gejowskie i w ramach skruchy produkowanie porzucił) z zaszczytnej funkcji zrezygnował. Akademia postawiła więc na swojego pewniaka, przez ostatnie 20 lat prowadzącego rozdanie ośmiokrotnie.

Sama nagroda ogólnie uznana jest za kontrowersyjną, gdyż nie zawsze trafia do rąk aktorów, reżyserów, scenarzystów, etc. faktycznie na nią zasługujących. Tym bardziej, że dotyczy ona głównie kinematografii amerykańskiej, co znacznie zawęża grono nominowanych. Nie do końca jasne są zasady jej przyznawania, więc przyjęto, że odzwierciedla prywatne odczucia członków Akademii (głosowanie odbywa się tylko w tym gronie), niekoniecznie tożsame z, nazwijmy to powszechną opinią widzów. Fala krytyki towarzyszy więc Oscarom na długo przed oficjalnymi nominacjami, a nieco maleje długo po wręczeniu nagród. Nie ma jednak związanej ze światem filmu osoby, która by owej statuetki nie uznała za najważniejszy obiekt pożądania.

Od lat „Oscary” są bardziej wzbudzającym ogromne emocje komercyjnym show, niż faktycznie prawdziwym uhonorowaniem wyśmienitej twórczości. Nagradzane są głównie wysokobudżetowe superprodukcje amerykańskie co powoduje, że naprawdę ambitne dzieła skazuje się na nagrody mniej medialne, choć w środowisku uznawane za bardziej prestiżowe. Skoro jednak nad Oscarami się pochylamy, proponuję niejako przewidzieć przyszłorocznych zwycięzców przyszłorocznej gali.

O złotą statuetkę walczą produkcje z roku obecnego, więc teoretycznie do końca grudnia do kin może wejść dzieło, które dotychczasowe powali na kolana. Myślę jednak, że już teraz warto wskazać ewentualnych zwycięzców, gdyż po za następującymi tytułami: „Sherlock Holmes: Gra Cieni”, „Mission: Impossible – Ghost Protocol” (pewnie powalczy o „Najlepsze efekty specjalne”)  i „Żelazna Dama” nie należy się spodziewać czegoś, co zyska subiektywne uznanie członków Akademii. I, podobnie jak w przypadku prawdziwych nominacji, kierujemy się prywatnymi odczuciami artystycznymi:

NAJLEPSZY FILM

„Jane Eyre”, reż. Cary Fukunaga – niby produkcja jakich wiele, ale oparte na podstawie XIX-wiecznej powieści losy tytułowej Jane Eyre przenoszą nas do świata tak samo baśniowego, jak i brutalnie realnego. Twórcy filmu odpuścili sobie hollywoodzkie chwyty, zastępując je prostymi środkami przekazu. Jeśli oczekujecie ckliwej historyjki, pozytywnie się zawiedziecie.

Obstawiam jednak, że największe szanse na statuetkę ma ostatnia część „Harry’ego Potter’a”…

NAJLEPSZY REŻYSER

Tu wybór jest nieco trudniejszy, bo nie do końca wiadomo – kierować się warsztatem reżyserskim niezależnie od poziomu produkcji, czy odwrotnie. W głowie mam najczęściej osobę Rob’a Marshall’a, któremu w udziale przypadła czwarta już część „Piratów z Karaibów” i zadaniu raczej podołał. Oczywiście pewnym ułatwieniem było upchnięcie w filmie efektów 3D, niemniej rzeczony twórca ma w swym dorobku produkcje raczej ciekawe („Chicago”, „Wyznania Gejszy”), więc pozwolę sobie stwierdzić, że do byle czego rąk nie przykłada.

Niestety i w tym przypadku, jako że seria się (na szczęście) kończy, Oscar może trafić do reżysera „Harry’ego Potter’a”, Davida Yates’a.

NAJLEPSZY AKTOR/AKTORKA

Nominacje postanowiłem połączyć, choć przyznawane są osobno. Jeśli o mężczyzn chodzi, moimi prywatnymi faworytami są: Bradley Cooper (za „Jestem Bogiem”, a nie „Kac Vegas 2”) oraz Johnny Depp (weź tu zagraj Jack’a Sparrow’a z taką samą pasją po raz czwarty w „Piratach z Karaibów). Wśród ewentualnie nominowanych kobiet na czele mojego rankingu są: Mia Wasikowska („Jane Eyre”) i Emma Stone (rewelacyjne „Służące”).

Akademiccy fachowcy mogą jednak uhonorować… tak, tak – Daniel „Harry Potter” Radcliffe, z kobiet natomiast, jeśli zagra na swoim normalnym poziomie, Meryl Streep („Żelazna Dama”).

Na koniec warto wspomnieć o jeszcze dwóch kategoriach, czyli NAJLEPSZY PEŁNOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY, gdzie raczej murowanym faworytem są niesamowite „Przygody Tintina” oraz NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY – tu, jeśli chodzi o polskie podwórko, wahałbym się między „Salą Samobójców”, a „Czarnym Czwartkiem”, aczkolwiek oficjalnie nominowany jest „W ciemności” Agnieszki Holland. A ogólnie największe szanse miałby pewnie Pedro Almodovar ze swoją „Skórą, w której żyję”, ale jego Hiszpańska Akademia Filmowa tradycyjnie już pominęła (kraj ten reprezentować będzie ciekawy „Czarny Chleb”). Wśród kandydatów zdecydowanego faworyta nie widzę, ale przyciśnięty do muru postawiłbym chyba na rosyjskich „Spalonych Słońcem 2”.

A jak Wy obstawiacie?