GRUPA WSTYDU

GRUPA WSTYDU

Ósmego czerwca przyszłego roku polska reprezentacja w piłce nożnej zagra pierwszy po prawie trzyletniej przerwie mecz o punkty. Ostatnim było przegrane spotkanie ze Słowacją w Chorzowie (14.10.2009) w Eliminacjach do MŚ 2010 w RPA. Warto dodać, że wówczas padła też ostatnia polska bramka w meczu o „coś” (w tym wypadku o honor, bo na afrykański Mundial szans już wtedy nie mieliśmy).  Po samobójczym trafieniu Seweryna Gancarczyka goście wygrali 1:0.

Czas na zatarcie tamtego, eufemizując, negatywnego wrażenia jest cokolwiek wyborny. Ósmego czerwca 2012 zagramy bowiem z Grekami w meczu otwarcia ME, które to odbędą się na Ukrainie i, na doczepkę, u nas. Oprócz reprezentantów Hellady, do naszego koszyka trafiły jeszcze dwie kulki – z Rosją i z Czechami.

Nastroje po wczorajszym losowaniu grup Euro są w naszym kraju co najmniej szampańskie. Wizja rozegrania meczu otwarcia, następnie meczu ostatniej szansy i na koniec meczu o honor zastąpiona została spekulacjami, kogóż to nasi kopacze spotkają w ćwierćfinale turnieju. Trafienie na Portugalczyków, Niemców czy Anglików dałoby nam automatyczne usprawiedliwienie totalnej klęski, ale za to z jakimi tuzami europejskiego futbolu. Tymczasem rywale nasi pozwalają przypuszczać, że o to wreszcie po zamierzchłym roku 1986 Polacy przeskoczą fazę grupową dużego turnieju i wreszcie, po długich 26 latach ujrzymy naszych herosów w fazie pucharowej.

„Jeśli nie teraz, to kiedy?” mawiał klasyk. Na pamięć przywołam tu jeszcze drugiego mędrca, który choć swojego bon mota popełnił po przez zwykłe przejęzyczenie, ale jakże trafnie jego słowa pasują do obecnej sytuacji: „Jak nie tutaj, to gdzie?”.

Faktycznie, z losowaniem teoretycznie lepiej trafić nie mogliśmy. Płyną z tego co najmniej dwa negatywy. Otóż po pierwsze, w głowach naszych orłów zrodziła się myśl o własnej niezwyciężoności. Ich oczy pożądliwie łypią już na rozstrzygnięcia innych grup; szybsze bicie serca sprawia im dylemat: Niemcy czy Holandia? Grupowi rywale zdają się być zwykłą formalnością do odbębnienia. Może nawet są przeciwnikami niegodnymi – do ćwierćfinału wolelibyśmy dojść po trupach Anglików lub Włochów.

Po drugie, w narodzie coraz silniejsze staje się wręcz żądanie, by Greków, Czechów i Rosjan odprawić z kwitkiem. Nie możemy truchleć przed nacjami, których to reprezentantów wymienić statystyczny Kręcina potrafi wymienić góra kilku. Tak na szybko, bez guglania – znacie jakiegoś piłkarza grającego regularnie dla Grecji? No właśnie.

Tyle tylko, że przywołani do tablicy Grecy do zdobywcy tryumfatorzy Euro 2004, a więc ledwie przed siedmiu laty (choć w świetle niedawnych afer, powinienem napisać: „Laty”). Na tamtym turnieju do półfinału dotarli Czesi, a na poprzednim Euro (2008) do tego samego etapu doskoczyli Rosjanie.

A co w analogicznym czasie osiągnęli nasi? Gdyby po starej znajomości okres wydłużyć o dwa lata wstecz, to niechybnie wskażemy pierwszy po 16 latach awans na Mundial (2002), a potem pierwszy w ogóle awans na Euro (2008). A teraz zestawmy sobie te osiągi z poprzednim akapitem.

Jako współgospodarze turnieju, udział w eliminacjach szczęśliwie nas ominął. O pietruszkę graliśmy przez prawie trzy minione lata (Lata), dlatego też forma wybrańców Smudy pozostaje pewną niewiadomą. Tym bardziej więc do rywali na Euro, jeszcze przed chwilą wyrywających punkty w walce o udział w turnieju, podejść należy z szacunkiem. Mamy prawo wierzyć, może nawet troszeczkę oczekiwać, że „Bankruci”, „Alkoholicy” i „Mięczaki” są w naszym zasięgu, jednak operację Euro 2012 winniśmy zacząć od pierwszych sekund meczu otwarcia. By z ochrzczonej mianem „grupy marzeń” nie stała się nasza Grupa A „grupą wstydu”.