LEGIJNE ROZBIORY

LEGIJNE ROZBIORY

Przed sezonem 2010/11 do warszawskiej Legii sprowadzono grupę piłkarzy kosztujących łącznie ponad 2 miliony euro. Włodarze klubu owemu najazdowi zapewnili odpowiednią otoczkę medialną – na stołecznych ulicach ujrzeć mogliśmy wielkoformatowe plakaty, na których w bojowych pozach uwieczniono m.in. Manu czy Bruno Mezengę, przedstawianych jako absolutne gwiazdy polskiej Ekstraklasy. Nowi zbawcy „Wojskowych” czarować mieli publiczność zgromadzoną na dopiero co zbudowanym stadionie, firmowanego chwytliwym hasłem: „O takim marzyłeś”. Całością dowodzić miał Maciej Skorża, bodaj jeden z najzdolniejszych trenerów młodego pokolenia. Kibice uwierzyli, że w stolicy powstaje klub wielkiego formatu, miażdżący rywali krajowych oraz mający sporo do powiedzenia na europejskich salonach. Pierwszy oficjalny mecz o punkty – derbowe starcie z Polonią na Konwiktorskiej – zakończył się porażką 0:3, która wcale nie była złym miłego początkiem.

Nowy sternik klubu z Łazienkowskiej nie wprowadził na szczyt. Bolesne porażki czy głupie remisy stały się niemal normą, awizowani jako gwiazdy piłkarze zawodzili, stopniowo zasilając ławkę rezerwowych. Pod koniec sezonu niemal pewne było, że Maciej Skorża pożegna się z posadą, a z hucznie sprowadzanych grajków szanse na pozostanie miał w zasadzie tylko Ivica Vrdoljak, wybrany zresztą na kapitana.

Dzięki zdobyciu Pucharu Polski tamten sezon nie był dla Legii całkiem stracony. Udział w Lidze Europejskiej uznać należy za coś w rodzaju sukcesu, choć na pewno minimalnego. W Ekstraklasie „Wojskowym” od początku szło nie najgorzej, jednak prawdziwy szał nastąpił właśnie w rozgrywkach europejskich. W ostatniej rundzie eliminacji do fazy grupowej warszawianie zremisowali u siebie z przebogatym Spartakiem Moskwa 2:2, co oczywiście większe szanse na awans dawało Rosjanom. Legioniści pokusili się jednak o mecz życia i mocno niespodziewanie pokonali na Łużnikach przeciwników 3:2. Sukces ten skonsolidował drużynę, dokonał pozytywnych zmian w psychice jej graczy. Wszystko to pozwoliło na przyzwoite osiągi tak w kraju, jak i za granicą. Stołeczny klub rundę jesienną zakończył co prawda nie na szczycie, ale tuż za liderem i ze sporymi szansami na Mistrzostwo Polski oraz, co bardzo istotne, awansował do fazy pucharowej Ligi Europy.

Mówiło się, że zimą bardzo mocna już drużyna Skorży zostanie dodatkowo wzmocniona. Piłkarze byli już ze sobą mocno zgrani, ale by myśleć o Mistrzostwie oraz o „przejściu” Sportingu Lizbona, musieli sprowadzić futbolistów z nazwiskiem. Gdy do Warszawy trafił młodzieżowy reprezentant Ghany Albert Bruce wydawało się, że to tylko przygrywka przed transferami znacznie głośniejszymi. I słusznie – do wielkich transakcji doszło, ale akurat nie w tym kierunku, o którym marzyli trenerzy, piłkarze czy kibice…

Najpierw jak czarny żart rozbrzmiała wieść o odejściu Ariela Borysiuka, doskonałego wręcz produktu legijnej szkółki. Defensywny pomocnik począł wyrastać na prawdziwego lidera środka pola, nadzieję tak Legii jak i reprezentacji Polski. Po przejściu do 1.FC Kaiserslautern jest nadzieją tylko dla walczącego o utrzymanie klubu niemieckiego oraz ewentualnie dla kadry. Niedługo potem hiobowe wieści dotyczyły Macieja Rybusa, skrzydłowego, jakiego od czasów Jacka Krzynówka nie mieliśmy. Walczącą o wyższe cele zamienił on na bajecznie bogaty klub z Czeczenii, który chwilowo pikuje w lidze rosyjskiej. W ślad za kolegą poszedł Marcin Komorowski, przesunięty przez Skorżę na środek obrony piłkarz, brany pod uwagę – podobnie zresztą jak Rybus – przy ustalaniu kadry na Euro 2012. Zakupów przed dwumeczem ze Sportingiem Legia nie dokonała…

Wspomnieni wcześniej trenerzy, piłkarze czy kibice głośno domagali się nie tylko wstrzymania rozbioru Legii, ale przede wszystkim wzmocnień. Tym bardziej, że za sprzedane trio do klubowej kasy wpłynęło ponad 5 milionów euro. Jak to jest, że mająca szansę na dobry wynik w Lidze Europy, a przede wszystkim celująca w krajowy prym drużyna oddaje trzech piłkarzy podstawowych, nie sprowadzając w ich miejsce nikogo?

By włodarzom klubu oddać sprawiedliwość, należy wspomnieć o sprowadzeniu 32-letniego Nacho Novo, byłą gwiazdę Glasgow Rangers i skrzydłowego naprawdę przyzwoitego. Na dniach umowę parafować ma również 29-letni Ismael Blanco, 2-krotny król strzelców ligi greckiej w barwach AEK Ateny. Transfery ciekawe, ale zbyt późne – obydwaj nie zagrają ze Sportingiem. Odpowiedzialny za transfery Marek Jóźwiak twierdzi, że przedstawiane przez niego kandydatury były blokowane przez zarząd, dlatego też do Legii nie trafił nikt wcześniej. Wywołany do tablicy zarząd tłumaczy się natomiast strukturą działania klubu, która nie polega na wydawaniu zarobionych na transferach pieniędzy na nowych graczy. Dlatego też Jóźwiak może gustować głównie w piłkarzach, za których płacić nie trzeba.

Dziś (23.02) Legia gra w Lizbonie ze Sportingiem o awans do kolejnej rundy Ligi Europy. W Warszawie było 2:2, muszą więc legioniści powtórzyć wynik z Moskwy. Do dyspozycji Skorży będą jeszcze Rybus z Komorowskim, dla których będzie to mecz pożegnalny. Z trybun obejrzy go Nacho Novo, w telewizji Ariel Borysiuk. Pewnie chociaż na wynik zerknie Blanco. Nie zagra w nim jednak nikt nowy, dający nadzieję na lepszą przyszłość.

O co więc gra Legia? Jeśli przed końcem lutego, a więc i okna transferowego sprowadzi jeszcze kogoś, z marszu gotowego do gry na wysokim poziomie, to gra o Mistrzostwo. Jeśli nie, to o wynik przyzwoity. I szkoda tylko, że mająca naprawdę ciekawą kadrę drużyna, wymagająca sprowadzenia dobrego napastnika, uległa tak znaczącym rozbiorom, na własną prośbę pozbawiając się szans na przejście do chlubnej historii polskiego piłkownictwa. Nawet, jeśli dziś z Lizbony wrócą zwycięscy, kadra pozostanie zbyt wąska i zbyt słaba, by myśleć o dominacie krajowym i skutecznym ataku rozgrywek europejskich.