CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE MACIE

CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE MACIE

Wpis poprzedni pchnął mnie do luźnych rozważań na temat rodzimej kinematografii. Osławiony produkt filmopodobny „Kac Wawa” w oczach wielu stanowi bowiem kwintesencję możliwości twórczych naszych scenarzystów czy reżyserów. Możliwości zatem bardzo płytkich, oscylujących w rejonach humoru kloacznego i koszarowego, bazującego bardziej na zwierzęcych instynktach niż na wysoce rozwiniętych potrzebach kulturalnych. Dlatego też nikogo dziwić nie powinien udział znanych aktorów w takich oto produkcjach – skoro powstają tylko takie szmiry, to gdzie niby mają grać? Warto jednak pochylić się nad tematem nieco sumienniej, gdyż omawiany tu przykład jest przypadkiem wielce nagłośnionym, zatem wbijającym się w umysły wielu widzów i jednocześnie tworzącym społeczny dowód słuszności. Skutkiem ubocznym produktów komercyjnych jest błędne przekonanie tzw. większość, iż są to twory będące odpowiedzią na społeczne zapotrzebowanie. Jeśli więc kultowy Kowalski wszędzie widzi i słyszy o „Kac Wawie”, ma prawo niesłusznie stwierdzić, że miliony mu podobnych pragnie takich właśnie doznań kulturalnych. Nie pozostaje mu nic innego, jak się z takim stanem rzeczy zgodzić i popędzić do kina, by rodzimych twórców wesprzeć lub ogłosić bojkot polskiego kina i swoje kulturalne potrzeby zaspokajać przy pomocy dzieł zagranicznych.

Jest też trzecie rozwiązanie. Kowalski może bowiem zagłębić się w świat filmu i dostrzec, że poza „Kac Wawą”, „Wyjazdem integracyjnym” czy „Ciachem” istnieją inne produkcje, poza Szycem, Karolakiem czy Żmudą-Trzebiatowską grają też inni aktorzy. Niekoniecznie filmy te są wszem wobec nagłaśniane, niekoniecznie występujący w nich aktorzy stale goszczą w rubrykach towarzyskich. I, co chyba najważniejsze, niekoniecznie są to produkcje dostarczające rozrywki w rozumieniu masowym. Wyznacznikiem jakości filmu nie musi być bowiem rozchichotana do łez sala kinowa multipleksu. W tym miejscu pozwolę sobie dosłownie zacytować fragment wikipedycznej definicji rozrywki –

Rozrywka –  rodzaj działalności mającej na celu dostarczenie przyjemności i odprężenia publiczności lub sobie. Rozrywka może mieć charakter bierny, jak na przykład oglądanie filmu w kinie czy przedstawienia operowego lub aktywny, na przykład poprzez udział w rozmaitych grach lub przeglądając popularne serwisy rozrywkowe.

Od siebie dodam, że ociekające ordynarnym seksem i wulgarnym dowcipem „komedie” nie muszą być jedyną formą „dostarczenia przyjemności i odprężenia publiczności.

JEŚLI NIE KOMEDIA, TO CO?

Jeśli „Kac Wawa” ma być podsumowaniem lub kwintesencją czegokolwiek, to na pewno w kontekście polskiej komedii, w żadnym jednak wypadku kina polskiego w ogóle. Przyznać należy, że w tym gatunku Polacy w rozwoju stanęli w latach ’70 i ’80 ubiegłego stulecia. A i tamte produkcje, choć dziś kultowe i wciąż chętnie oglądane, śmieszne były raczej w ówczesnej sytuacji społeczno-politycznej. Zaryzykuję tezę, że wyprodukowane dziś, na swój obecny status nigdy by nie zapracowały. Można zatem śmiało uznać, że tworzenie komedii polscy twórcy mogą sobie spokojnie odpuścić.

Co zatem może nasz Kowalski obejrzeć, gdy najdzie go nieodparta pokusa na produkcję „made in Poland”? Postanowiłem, przy nieocenionej pomocy Internetu, sięgnąć pamięcią do polskich produkcji, które miałem przyjemność oglądać. By tzw. większość tytuły kojarzyła, poszukiwania ograniczyłem do ostatnich piętnastu lat (ok. 1998 roku). Czym przez ten okres raczyli nas rodzimi twórcy?

Otóż nawet pobieżne przejrzenie listy powstałych w tym czasie godnych uwagi filmów prowadzi do wniosku oczywistego – Polacy naprawdę dobrzy są w tworzeniu… UWAGA, UWAGA… dramatów.

„Dług”, „Symetria”, „Pianista”, „Dzień świra”, „Boże skrawki”, „Katyń”, „Plac Zbawiciela”, „Generał Nil”, „Dom zły”, „Żółty szalik”, „Pręgi”, „Komornik”, „Jestem”, „Pora umierać”, „Rezerwat”, „Bracia Karamazow”… Wymieniać można by długo. A wciąż dołączają nowe produkcje – „Róża”, „W ciemności, „Rzeź” czy „Sala samobójców”. Powyższe produkcje nie wywodzą się co prawda z nurtu kina niezależnego – ich tworzeniem zajęli się ogólnie znani scenarzyści czy reżyserzy, wystąpili w nich całkiem popularni aktorzy, zadbano o ich reklamę w mediach. Są to jednak dzieła zmuszające widza do myślenia, niekoniecznie wywołujące salwy śmiechu. W definicję rozrywki, do tego na wysokim poziomie, wpisują się zatem idealnie.

Przedmiotem osobnych badań mogłaby być przyczyna, dlaczego Polacy w tworzeniu dramatów osiągnęli poziom, którego nie musimy się wstydzić zarówno sami przed sobą, jak i przed widzem zagranicznym. Nie jesteśmy przecież narodem pogrążonym w smutku, gdzie wszystko jest szare i byle jakie. Poszedłbym raczej w kierunku wysoce rozwiniętej umiejętności obserwacji, wyczulenia na ludzką krzywdę i umiejętności przedstawienia tego przed kamerą. W grę wchodzą też pewnie wydarzenia historyczne, tak wojenne jak i powojenne. Są to jednak domysły, wskazanie prawdziwej przyczyny pozostawię badaczom.

„CUDZE” CZASEM ZNACZY „LEPSZE”

Polacy mają jeszcze inną zdolność – lubują się w rozsławianiu czegoś, co stworzył Niemiec, Francuz czy przede wszystkim Amerykanin. Poza skrajnymi przypadkami lokalnego patriotyzmu, nakazującego nade wszystko ślepo zachwalać produkt Polski, stawiając go wyżej, niż często lepszy produkt obcy. Tendencję taką winniśmy jednak w przypadku komedii porzucić. Oczywiście nie chodzi tu o głupawe komedyjki zza Wielkiej Wody, ale o odznaczające się balansującym na granicy dobrego smaku (nigdy tej granicy nie przekraczając) filmy, wywołujące u widza zdrowy śmiech, mimo pozbawienia ich wulgaryzmów czy nagich pośladków, nierzadko męskich. „Bracie, gdzie jesteś?”, „Tajne przez poufne”, „Ghost World”, „Nietykalni” czy „Człowiek, który gapił się na kozy” produkty, których fabuła czy poziom dowcipu „nasze polskie” bije na głowę.

Cudze komedie chwalimy, bo swoje znamy i chwalić nie chcemy. Rodzimych dramatów będziemy jednak zaciekle bronić, bo w tym jesteśmy naprawdę dobrzy.