SZKODA TEGO WALKOWERA

SZKODA TEGO WALKOWERA

Dla rokrocznie walczącej o najwyższe laury Legii ćwierćfinałowa potyczka w Pucharze Polski miała być raczej intensywnym treningiem, niźli zaciętym bojem o półfinał. Dwumecz z Gryfem Wejherowo, skądinąd dość sensacyjnie wciąż w PP grającym, należał do gatunku spotkań rozluźniających, dających szansę na grę rezerwowym i juniorom, na sprawdzenie taktyki. Kibice często na takie okazje ostrzą sobie zęby licząc, że ich pupile zaaplikują anonimowym rywalom dwucyfrową dawkę goli. Oczywiście nieraz bezdyskusyjni faworyci ponoszą sromotną klęskę, gdyż skazywani na porażkę piłkarze odnajdują w sobie nieznane wcześniej pokłady ambicji i po prostu wygrywają. Legia Gryfowi nie pozostawiła jednak złudzeń – w Wejherowie strzeliła trzy bramki do przerwy i resztę dwumeczu odpuściła. Tak, dobrze piszę „dwumeczu”, bo zarówno druga połowa jak i rewanż w stolicy był dla przeciętnego kibica widowiskiem, eufemizując, męczącym. A mogło być zupełnie inaczej…

Według protokołu pomeczowego, w pierwszym składzie warszawian wybiec miał Jakub Rzeźniczak, choć faktycznie na boisku pojawił się Artur Jędrzejczyk. Z pewnością misternie utkanego planu taktycznego trenerowi Nicińskiemu to nie rozwaliło, jednak włodarze III-ligowca upatrzyli w niedopatrzeniu Legii szansę na walkower, czyli zweryfikowanie wyniku z 0:3 na 3:0. W tym miejscu można by wejherowian posądzić o zagranie nieczyste, o chwytanie się niemal prymitywnych sposobów na pokonanie wyżej notowanych gości. Choć działacze Gryfa nie przejawiali typowej dla takich sytuacji zaciętości, ba – bardziej od walkowera cenili sobie zwyczajne przyznanie się do błędu, to rozstrzygnięcie meczu przy „zielonym stoliku” byłoby korzystne dla… Legii.

Wyjazdowa wygrana dała bowiem stołecznemu klubowi niekorzystny dla zawodów komfort psychiczny, całkowicie pozbawiający presji, chęci do gry czy po prostu ambicji. Bramkowa zaliczka, własny stadion i klasa rywala sprawiły, że Legia zaprezentowała na Pepsi Arenie antyfutbol, ratując remis 1:1 w ostatnich sekundach. Zamiast miażdżącej przewagi, maestrii zagrań i gradu goli mieliśmy podwórkową kopaninę. Jedyne emocje związane były z ewentualną wygraną Gryfa w Warszawie. Zwycięstwo byłoby może nie całkiem pyrrusowe, bo piłkarze przyjezdnych mogliby o tym wyczynie opowiadać wnukom.

Pomyłka w raporcie teoretycznie doprowadziła do sytuacji, w której na boisku pojawił się nieuprawniony do gry piłkarz. W myśl futbolowych zasad wynik takowego spotkania należałoby zweryfikować na 3:0 dla gospodarzy. Wtenczas Legia musiałaby w rewanżu strzelić 4 bramki, by awansować do następnej rundy. Wywołałoby to w nich sportową złość, bo odpadnięcie w ćwierćfinale z III-ligowcem byłoby niespieralną plamą na honorze mających coś do udowodnienia kibicom piłkarzy. Podbudowani pozaboiskową wygraną przyjezdni na pewno spróbowaliby niejako iść za ciosem i w stolicy, bo co im szkodzi, postawiliby warszawianom trudne warunki. Zamiast więc odgrzewanego, żylastego kotleta-mrożonki mielibyśmy wyborną strawę, podaną na srebrnej tacy.

Bezsprzecznie zatem walkower przyniósłby korzyści „wszystkim”. Gryfowi, bo miałby szansę na sensacyjny półfinał. Legii, bo zmuszona byłaby do gry, a nie obecności na boisku. Kibicom, bo obejrzeliby po prostu fajny mecz z dużą ilością goli.