JAK NIE TU, TO GDZIE?

JAK NIE TU, TO GDZIE?

Po ostatnim gwizdku rozjemcy potyczki polsko-czeskiej naród nasz przykryło przygnębienie. Zwyczajowo wielkie turnieje kończyliśmy trzecim meczem fazy grupowej, zwanym: „o honor”, jednak tym razem była to walka o realny awans do ćwierćfinałów. Pierwszy raz od niemal trzech dekad upatrywaliśmy w naszych grajkach herosów dającym naszej reprezentacji wstęp na rejony dotąd niedostępne. Co gorsza, lepszej okazji już nigdy nie będzie.

Gdy drogą losowania do grupy dokooptowano nam Greków, Rosjan i Czechów, naród nasz począł się bardziej głowić nad potencjalnym rywalem ćwierćfinałowym, a nie na szansach w starciu z grupowym triem. No bo kogo mieliśmy się tu niby bać? Greków, czyli anonimowych Mistrzów Europy z 2004. roku? Rosjan, którzy nigdzie poza swoją ligą zbytnio nie błyszczeli? Czy Czechów, których moc rażenia z każdym rokiem maleje?

Pierwsze dwadzieścia minut meczu z Grekami pozwalało przestać myśleć o jakichś tam ćwierćfinałach – do finału dojdziemy bez większych trudności. Stopniowo jednak nasi opadali z sił, sędzia szastał kartkami, również czerwonymi, aż wreszcie widmo porażki stało się co najmniej prawdopodobne. Stanęło na dość szczęśliwym dla nas remisie.

Postawa Polaków w meczu z Rosjanami musiała zaskoczyć nawet ich samych. „Sborna”, choć na prowadzenie wyszła pierwsza, bronić musiała swojej bramki przed huraganowymi natarciami Polaków. Czujecie to? Huraganowe ataki… POLAKÓW! Teraz tak na szybko – pomijając Andory, San Marina czy amatorskie drużyny ligowe – kiedy ostatnio widzieliście mecz, w którym rywale Polaków musieli się przed nimi ostro bronić? Ale i tak stanęło na nieco pechowym dla nas remisie.

Wspominałem już w poprzednim wpisie, że Czechów należy pokonać bez patrzenia na mecz Rosjan z Grekami. Bo niezależnie od wyniku tamtego starcia, wygrana dawała nam awans. I znowu – pierwszy kwadrans z okładem graliśmy naprawdę dobrze, choć brakowało najważniejszego – goli. W drugiej połowie Czesi już całkiem przejęli inicjatywę, zdobyli bramkę, potem ze spalonego drugą, nieuznaną. Do końca już zwyczajnie nie byliśmy w stanie zadać naszym sąsiadom dwóch ciosów. I na tym przygoda Polaków z Euro dobiegła końca.

Szansa na dobry występ była najlepsza w historii i takowa raczej już się nie powtórzy. By w ogóle turniej zorganizować, musieliśmy zbudować drogi, stadiony, usprawnić komunikację, hotele, restauracje. Kraj nasz rósł w oczach, piłkarzom zostało „tylko” na nowiutkich obiektach wygrywać. Obiektach, co najważniejsze”, po brzegi wypełnionych fanatycznymi kibicami, przez 90 minut zdzierających gardła tylko dla nich. Wszędzie – w mediach, w hotelach, na ulicach czy w pubach mieli Polscy piłkarze swoich zwolenników. Nawet obcokrajowcy, gdy akurat nie grała ich reprezentacja, wspierali Polaków. Zatem jeśli nie tu, to gdzie?

Oczywiście gospodarze nie zawsze wygrywali wielkie turnieje. Nikt też od polskiej reprezentacji nie oczekiwał medali. Super, że wreszcie w meczu otwarcia zdobyliśmy nie tylko bramkę, ale nawet punkt. Super, że drugi mecz nie był jeszcze dla nas tym „o wszystko”. Super, że w tym trzecim nie szukaliśmy szansy na zmazanie plamy z dwóch poprzednich, tylko do końca walczyliśmy o ćwierćfinał. Ale czy tak ogólnie jest super?

Pod wpływem negatywnych emocji ciężko jest pokusić się o obiektywizm. Za dni kilka zapewne dostrzeżemy sporo plusów w grze naszych, choć wieszania psów na trenerze, piłkarzach czy PZPN na pewno nie zabraknie. Wstydu nasi nie przynieśli, ale coś podskórnie czuję, że słowo niedosyt będzie dla Polaków jeszcze przez wiele lat synonimem Euro 2012.

Należy pamiętać, że turniej nie dobiegł końca. Na wszelakie analizy nadejdzie moment odpowiedni, póki co pamiętać musimy, że wciąż mamy u siebie gości. Znajdźmy sobie faworytów zastępczych, nie bojkotujmy stadionów i stref kibica. Mimo wszystko jest to zabawa i ona wciąż trwa. Pokażmy, że nie jesteśmy narodem obrażalskim, obnażmy raczej nasze cechy pozytywne. Goście bowiem turniej oceniać będą przez pryzmat całości, a nie do momentu, gdy grała Polska.

3 Replies to “JAK NIE TU, TO GDZIE?”

  1. Ano właśnie. Niektórzy zapomnieli już o tym, że powinni gospodarzyć, a nie strzelać tzw. focha na piłkarzy i zapomnieć o Euro. Cieszyliśmy się z tego, że odbędzie się u nas, więc teraz pełnijmy obowiązki do końca. Zresztą, na inne mecze też można popatrzeć, a i pokibicować warto, bo dlaczego by innym nie życzyć dobrze?
    🙂