Byle do siatki

Byle do siatki

Piłkarzy wybitnych zapamiętujemy głównie za sportowe osiągi, które w zasadzie sprowadzają się do suchych statystyk. W ludzkich umysłach tkwią futboliści z rekordową liczbą wbitych goli, zdobytych pucharów czy otrzymanych żółtych kartek. Tych najwybitniejszych wyróżniają jednak mocno zindywidualizowane szczegóły. A to któryś miał jedną nogę krótszą, a to nosił ekstrawagancką fryzurę, a to wyrywał chorągiewki z rogów boiska. Z jakiego więc powodu zapamiętamy Filippo Inzaghiego, oprócz rzecz jasna niesamowitych, choć suchych statystyk?

 

Karierę zaczynał w swoim rodzinnym mieście – w Piacenzie. Choć debiutował w barwach tego klubu jako nastolatek, zaliczył tylko trzy bezbramkowe występy, a dwa kolejne sezony spędził na wypożyczeniu. Piłkarsko dojrzał, wrócił i swoją wartość potwierdził w barwach Piacenzy, gdzie piętnastoma bramkami pomógł jej awansować do najwyższej klasy rozgrywkowej. Swoją grą i ilością strzelonych goli zyskał przychylność włodarzy AC Parmy, którzy to ściągnęli Inzaghiego do siebie, dając tym samym możliwość debiutu w Serie A.

 W lidze tej pozostał już do końca kariery, mimo tak naprawdę nieudanego pierwszego sezonu. Wbił rywalom tylko dwie bramki, z czego jedną ekipie Piacenzy. Nie okazał radości, po pokonaniu golkipera swojej byłej drużyny zwyczajnie się popłakał z żalu. Statystyki nie oddają jednak w pełni jego ówczesnej gry. Nie każdy bowiem pamięta, że w trakcie sezonu doznał złamania prawej nogi tak poważnego, iż rozważał nawet zakończenie kariery. Pokazał jednak, jak silny ma charakter, kontuzję pokonał i wrócił na murawę. Warto dodać, iż w ostatnim meczu sezonu poprowadził kolegów na boisku jako kapitan, a za całokształt boiskowej twórczości otrzymał tytuł Najlepszego Młodego Piłkarza Serie A.

Po perspektywicznego snajpera sięgnęła Atalanta Bergamo. 23-latek zaufania działaczy klubu nie zawiódł. Do siatki rywali trafił 24 razy, najwięcej spośród wszystkich piłkarzy. Oczywistym było, że średniak Serie A nie utrzyma swojej gwiazdy i w kolejnym sezonie zasilił Inzaghi barwy ówczesnego Mistrza Włoch – Juventus Turyn. Wreszcie mógł grać na najwyższym poziomie, u boku piłkarzy wybitnych. Tutaj też dał się poznać kibicom w Europie, bo choć okraszony bramką debiut w międzynarodowych rozgrywkach miał już za sobą, to właśnie za sprawą klubu z Turynu mógł na europejskich salonach zagościć na stałe.

Występy w barwach „Starej Damy” przyniosły mu nie tylko trofea, ale także popularność. I to niekoniecznie taką, o którą zabiegają boiskowi celebryci. Inzaghi nie pchał się specjalnie przed obiektywy paparazzich, nie karmił fanów skandalami z życia prywatnego, nie brylował na bankietach. Dyskusję wśród kibiców wywoływał prędzej stylem gry, nierzadko budzącym autentyczną nienawiść.

Nie lubił bowiem nasz bohater gola po prostu strzelić, do tego z poszanowaniem przepisów. Nie, on piłkę do siatki wbijał najczęściej przypadkowo, rzadko nogą. Futbolówka to odbiła mu się od pleców, tudzież od ich niższych rejonów, bo akurat czyhał gdzieś w okolicach linii bramkowej. Grał w jednej linii z ostatnim defensorem rywali, na granicy spalonego. Granicę tę zresztą chętnie przekraczał, nie będąc za to karanym przez sędziów. Sir Alex Ferguson rzekł nawet kiedyś o nim, że „urodził się na spalonym”. Nie trzeba chyba dodawać, jakie uczucia gole zdobyte ze spalonego wywoływały u jego rywali.

Karierę Inzaghiego w Turynie nieco spowolnił David Trezegeut, którego przyjście do „Starej Damy” oznaczało dla Włocha rzadsze występy. Skorzystał więc z możliwości przenosin do Mediolanu, czym oczywiście nie zyskał aprobaty swoich byłych fanów. Kolejne lata pokazały jednak, że ruch to był znakomity. „Super Pippo” spełnił bowiem w AC Milanie swoje największe marzenie – sięgnął po najważniejsze europejskie trofeum, wygrywając Ligę Mistrzów. Jak na ironię, finałowym rywalem mediolańskiej ekipy był… Juventus Turyn.

W Mediolanie spędził swoje najpłodniejsze piłkarsko lata. Dwukrotnie sięgnął po tytuł Mistrza Włoch, również dwa razy wygrywał Ligę Mistrzów. To tutaj wyśrubował także liczbę strzelonych goli. Przez moment był nawet najskuteczniejszym piłkarzem w historii rozgrywek europejskich, dla Milanu w tej kategorii wciąż takim pozostaje (70 trafień). W historii Serie A jest obecnie piąty.

Choć zapamiętany będzie głównie ze spalonych, symulowania fauli czy goli wbijanych niemal każdą częścią ciała, to nikt nie odmówi mu piłkarskiego talentu. Nigdy się nie poddawał (wypożyczenia do słabych klubów, ciężka kontuzja), nie akceptował roli drugoplanowej (przejście z Juventusu do Milanu), do końca nie tracił także apetytu na strzelanie bramek. Piłkarzem był na pewno nietuzinkowym, ciężko bowiem znaleźć kogoś, do kogo można by go przyrównać. Próżno szukać piłkarskich cech wspólnych nawet u jego młodszego brata, Simone.

Dlatego tym bardziej szkoda, że karierę definitywnie zakończył. Trudno wymagać od 39-latka, by wciąż ganiał za piłką na najwyższym poziomie. A jego tylko taki interesuje, odrzucił możliwość pokopania sobie w amerykańskiej MLS. Pozostał w Milanie, gdzie wszystko co ma najlepsze, przekazywać będzie młodym adeptom sztuki piłkarskiej. Jak sam mówi, to tylko początek. Chce bowiem wygrać Ligę Mistrzów ponownie, tym razem jako trener.