TABLOIDYZACJA

TABLOIDYZACJA

Degrengolada środków masowego przekazu trwa w najlepsze i mocno wszystkich wkurza. Zarówno treści jak i ich poziom daleko odbiega od wzorców znanych nam z lat wcześniejszych, gdy prasa to była lektura pierwszorzędna, telewizja czegoś uczyła, a radio stanowiło mieszankę rozrywki, wiedzy i muzyki. Lekiem na cało zło miał być Internet, ale skutek jaki jest, wszyscy widzimy. Warto jednak poddać krótkiej ocenie, czy przypadkiem nie jesteśmy tego upadku współwinni.

Drzewiej gdy mówiło się o mediach, jednym tchem wymienialiśmy telewizję, prasę i radio. Wszech panujący Internet w założeniu miał wszystkie trzy w sobie skupić, a z czasem wyprzeć z obiegu. Lata mijają i skazywane na odłożenie do lamusa środki przekazu żyją całkiem prężnie, choć niezwykle daleko im do założonego dawniej modelu. Wbrew obiegowej opinii wcale jedynym winnym zaistniałej sytuacji nie jest Internet, do którego niejako uciekli najlepsi twórcy.

Mniej lub bardziej legalny dostęp to bezpłatnej wiedzy, a także wszelakich dóbr kulturowych na pewno mocno wpłynął na popularność tradycyjnych mediów. Teoretycznie na autorach prasowych, radiowych czy telewizyjnych spoczywa zadanie niewykonalne, by przekonać swego czytelnika, widza czy słuchacza do wydania ciężko zarobionych złotówek na treści, które terabajtami płyną za darmo w zaciszu znakomitej większości gospodarstw domowych. Czym zatem najlepiej skusić odbiorcę?

Trzeźwo myślący człowiek zdecydowany jest poświęcić nieco więcej waluty, by w zamian otrzymać nieco lepszą jakość. Buty z bazaru niechybnie przyciągają malutką ceną, ale po rozważeniu wszystkich za i przeciw łatwo dojdziemy do wniosku, że markowy produkt w dłuższej perspektywie opłaci nam się bardziej. I podobnie z mediami – tabloid zapewni nam mnóstwo „wiedzy” za symboliczną złotówkę, ale prestiżowy periodyk dostarczy naszemu mózgowi wiedzy o znacznie wyższej wartości.

Teoria, że najlepsi twórcy swe talenty wykorzystują już tylko w Internecie rozbija się niczym Titanic o górę lodową przy pobieżnym tylko przejrzeniu zasobów sieci. I, co ciekawe, nierzadko dotyczy to tych tytułów, które ukazują się w zarówno formie papierowej, jak i elektronicznej. Przykład? O ile „Gazeta Wyborcza” nabywana w kiosku jakoś tam jeszcze trzyma fason, o tyle jej cyfrowa siostra pikuje niemal z każdym dniem. I nie idzie tu nawet o treść, bo ta kwestią gustu jest, ale chociażby o jakość puszczanego w świat tekstu. Literówki, byki ortograficzne i gramatyczne, zdania średnio logiczne… Czasem można nawet odpuścić poranną kawę, gdyż bezmiar błędów podnosi ciśnienie bardziej, niż kofeina.

Jest jednak druga strona medalu. Okazuje się bowiem, że mimo miałkiej treści czy nawet formy jej serwowania, żaden potężny portal nie chyli się ku upadkowi. Różnorakie rankingi ukazuję tendencję wręcz odwrotną – liczba odsłon czy nawet unikalnych użytkowników zamiast w geście protestu spadać, wciąż rośnie. Innymi słowy całe to badziewie znajduje swoich odbiorców i jego twórcy nie dostrzegają powodów do zmiany. Który biznesmen analizując wyniki swojej firmy stwierdza: „OK, produkt się dobrze sprzedaje, więc go zmodyfikuję”?

Podobnie rzecz ma się z innymi środkami przekazu. Ciężko w telewizji znaleźć stację, której program miałby na celu dostarczenie widzowi intelektualnych doznań na chociażby przyzwoitym poziomie. Puszczanie ambitnych filmów o 23:30 lub w stacjach niszowych sprawy nie załatwia. Telewizja publiczna ma prawny obowiązek realizowania „misji”, a jak z zadania się wywiązuje, wszyscy wiemy. Podobnie stacje komercyjne – próżno bowiem między tasiemcami o niczym czy kolejnymi kopiami amerykańskich teleturniejów szukać czegoś, co zmusi nas do refleksji lub tak naprawdę wzbogaci naszą wiedzę. Sytuacji na pewno nie polepszy wielomilionowa rzesza widzów pieczołowicie płacących abonament. Zastosowanie znajduje tu podobny do wcześniej omawianego model – póki coś ludzie kupują, nie ma sensu tego zmieniać.

Przykładów można by mnożyć. Warto jednak uszczknąć z tego wszystkiego taką malutką refleksję – czy tylko i wyłącznie przedstawiciele mediów są odpowiedzialni postępującej tabloidyzacji?