MICHAŁ ŻBIKOWSKI: HURTS – EXILE

MICHAŁ ŻBIKOWSKI: HURTS – EXILE

Nie wiem czy dobrze jest swój debiut pisarski na blogu rozpoczynać od jakichkolwiek recenzji, aczkolwiek po wielokrotnym już przesłuchaniu nowej płyty Hurts – Exile nie pozostaje mi nic innego. Celem napisania tego artykułu nie będzie kształtowanie świadomości muzycznej ludzi, czy na siłę przyciąganie ich do jakiegoś gatunku czy artysty. Gdybym zaczął polemikę na temat muzyki, to mogę się założyć, że każdy miałby odmienne zdanie no to, co ona mu daje, bądź też, czego oczekuje słuchając płyty, utworu, każdej pojedynczej nuty.

Jednak gdy zrozumiemy jak druga osoba odbiera i pojmuje muzykę może się to stać jednym z tych małych kroczków do pojęcia człowieczeństwa. Co mam na myśli? Otóż to, że nie możemy bezpodstawnie krytykować ludzi na podstawie ich ulubionych dźwięków, czy tych, których nie znoszą. Im bardziej wczujemy się w nie, być może nawet zmusimy się do nich, tym większa szansa na sukces w pojęciu międzyludzkim. W rzeczywistości nie jest to nic prostego, bo gdyby tak było nie starałbym się, nawet w tak bardzo skrótowy sposób tego opisywać.
Startuję z pierwszą publikacją, która (o ironio!) jest recenzją płyty. Przyznam się, że to dlatego iż po wielokrotnym jej przesłuchaniu nie pozostaje mi nic innego. Mam na myśli album zespołu Hurts – Exile wydany 12.03.2013. Zatem zaczynamy:

Exile – bardzo dobre otwarcie albumu, wprowadza w klimat. Stylowo to taki
‚brudny’ pop. W drugiej części piosenki, kiedy instrumentalnie i wokalne się rozpędza, nie brakuje ciekawszego wejścia gitary, co zdecydowanie podnosi poziom.

Miracle – najtrafniejszy wybór na singiel. Coś naprawdę udanego, ponieważ oprócz wpadania w ucho potrafi również powalić tekstem. Szkoda ze musieli wycofać pierwszy teledysk, bo z nim było ciekawiej.

Sandman – tutaj dla odmiany wykorzystane są ponoć nawet folkowe rytmy. Prawdę mówiąc nie dziwię się ze niektórym może nie przypaść do gustu, jednak te jakby to ująć
‚psychodeliczne’ chórki mają w sobie coś, co mnie skłania do kolejnych odsłuchań.

Blind – lekka kompozycja podchodząca pod bardzo klasyczny pop. Jej dużym plusem jest dobre wykonanie na koncertach, czego chwaląc się dyskretnie byłem świadkiem.

Only You – za pierwszym razem od razu skojarzyło mi się z latami osiemdziesiątymi i jak się okazało słusznie, gdyż w pewnym momencie słyszalny jest motyw z „Feels like heaven” zespołu Fiction Factory. Cieszy fakt, że chłopaki czerpią z takich źródeł wszakże jest to klasyka.

The Road – tu słychać mroczniejsze oblicze zespołu, co dla mnie jest pozytywne. Na żywo jest w tym kawałku niesamowita energia. Jedynie końcówka dość dziwna, wręcz dubstepowa..

Cupid – ciekawie, znów mamy na płycie mocne uderzenie, jednak tym razem nic genialnego. Zajeżdża trochę Depechami i właściwie nie jestem nic więcej napisać o niej napisać.

Mercy – ajaj, co oznacza wielki mój żal z powodu nie grania jej podczas trasy koncertowej. Utwór, który na pewno na to zasługuje. Bardzo dobrze zaśpiewany, miażdży wręcz, stąd wielkie brawa dla Theo.

The Crow – po kilku bardziej mocno naładowanych utworach czas na coś spokojniejszego. Podchodzi to z lekka pod twórczość zespołu A-ha. Do tego „Wrona” posiada głęboki i przejmujący tekst.

Somebody to Die for – kolejna piosenka ze sporym potencjałem na prawdziwy hit. Bez żadnego zastanowienia wybrałbym ją na kolejny singiel. Jeśli do bardzo dopracowanego dzieła dodamy niebanalny tekst i orkiestrowe solo to możemy mówić o czystym pięknie.

The Rope – słyszymy tu powrót do typowej elektroniki. Jak dla mnie nic nadzwyczajnego, po prostu miła, całkiem prosta melodia z jak zawsze dobrze wkomponowanym wokalem. Na tle całości się nie wyróżnia.

Help – oto coś, na co warto było czekać 3 lata od wydania poprzedniej płyty. Mój faworyt. W niej jest wszystko, czego potrzebuję w muzyce. Tekst, jak zawsze mistrzowski. Nieskomplikowana, a tak naładowana emocjami sekcja muzyczna (Elton John na fortepianie!). Przecudowne chórki. Mam CIARY od pierwszych dźwięków do wyciszenia utworu – zapiera dech…

Na koniec krótkie podsumowanie. Oczywiście przy drugiej płycie nie można uniknąć porównań do debiutu.

Pierwszy krążek, nagrywany w zupełnie innych warunkach, ma swój klimat, który osobiście mi odpowiada. Potrafiłem jej słuchać kilka razy pod rząd w ciągu dnia. W Polsce pokryła się platyną. Myślałem przed wydaniem drugiego albumu, czyli „Exile”, że będzie on dojrzalszym tworem dwóch panów z Manchesteru i rzeczywiście się nie pomyliłem. W 3 dni pokryła się złotem i najprawdopodobniej zasłuży również na platynę, co cieszy. Być może trochę jest mroczniejsza, trochę mniej spójna(?), ale wiem, że jest to kolejna rzecz, do której będę wracał jeszcze przez baaaardzo długi czas ;).