TRAGEDIA W TLE

TRAGEDIA W TLE

Degrengolada w mediach trwa od lat. Granice moralności, przyzwoitości czy chociaż dobrego smaku przekroczono z chwilą, gdy gawiedzi przestała wystarczać sucha informacja o pogodzie, wypadku drogowym czy nowej ustawie w sejmie. Ważne są emocje, im większe i bardziej negatywne, tym lepiej. Rozsmakowujemy się w ludzkich tragediach, zbrodniach, aferach, skandalach. Nie musimy tym oczywiście żyć, ale siła środków masowego przekazu oddziałuje na każdego, kto choć w drobnej mierze z nich korzysta. Dlatego nazwisko Mariusza Trynkiewicza trafiło do oczu bądź uszu tzw. większości, igrzyska z jego udziałem trwają w najlepsze, a gdzieś tam w tle giną tragedie, o ktorych w mediach już nie usłyszymy.

 

Wpływ na poszczególny jednostki tego typu doniesień jest zróżnicowany. Jedni tym żyją, inni się interesują, jeszcze inni po prostu o tym wiedzą. Mamy też grupę ludzi, która o tym nie słyszała lub po prostu ma to w głębokim poważaniu. Statystyczny Polak jednak mniej lub więcej orientuje się w bieżących wydarzeniach i gdzieś tam usłyszał o tragedii małej Madzi, której matka najpierw do łez wzruszała swą historią o brutalnym porwaniu dziecka, potem zaś do łez rozwścieczała gdy na jaw wyszło, że swą córeczkę po prostu z zimną krwią zabiła. Dla mediów pożywka niesłychana – potężny ładunek zmiennych jak w kalejdoskopie emocji, śmierć niemowlęcia, rozpad młodego małżeństwa. Sprawa ta pokazała, po raz kolejny zresztą, że w kraju nad Wisłą mamy blisko 40 milionów sędziów, prokuratorów, adwokatów czy detektywów. Każdy był prędki do osądu i oceny, nie każdy jednak zdawał sobie sprawę, że wszystkie informacje czerpie właśnie z mediów, bez jakiejkolwiek pewności, co do ich rzetelności.

Dziennikarze prześcigają się w publikowaniu szokujących „informacji”. Cudzysłów nieprzypadkowy, bo przecież często prawdziwa informacja jest taka… zwyczajna? Nie, nikt tego nie kupi przecież. Dodajmy kilka pikantnych szczegółów, które mogłyby mieć miejsce, kilka emocjonalnych przymiotników, okraśmy to jeszcze na wpół własną opinią podgrzewającą atmosferę. A jak jeszcze dodamy zdjęcie? O, to dopiero hit będzie!

Główni bohaterowie medialnej nagonki dostają niejako dodatkową karę, jakkolwiek na tą właściwą zasłużyli. Oni, oprócz wyroku teoretycznie niezawisłego sądu, skazani będą także na wykluczenie społeczne, być może dożywotnie. To samo czeka ich rodziny czy bliskich. W takich warunkach raczej nie ma mowy o resocjalizacji, a przecież to – oprócz ukarania – ma na celu wyrok pozbawienia wolności.

Sprawa Mariusza Trynkiewicza budzi emocje z bardzo wielu względów. Pod koniec lat ’80 został on skazany za gwałt i zabójstwo czterech nastolatków. Za każdy z tych czynów usłyszał wyrok śmierci (nie wiem tylko, jak zamierzali zabić go 4 razy?). Na mocji amnestii karę zamieniono mu na 25 lat więzienia, polski kodeks karny nie znał wówczas jeszcze pojęcia dożywocia. Temat powrócił, gdyż „Szatanowi z Piotrkowa” zostało do odsiadki już tylko kilkanaście dni.

Igrzyska trwają. Media z dumą eksponują najdrobniejsze szczegóły z życia samego zbrodniarza, ale i jego rodziny, sąsiadów, bliskich, rodziców zamordowanych dzieci. Oglądalność i czytalność tychże rewelacji bije rekordy popularności. Przecież lada moment seryjny pedofil i zabójca może być właśnie twoim sąsiadem! Nie zamierzam w żaden sposób oceniać tego człowieka. Wiem tylko jedno – dostał prawomocnym wyrokiem sądu karę, która właśnie dobiega końca. Zgodnie z prawem w dniu wyjścia z więzienia powinien być wolnym człowiekiem. Nie jest jego winą, że zawirowania w polityce czy w prawie uratowały mu życie i umożliwiły powrót do społeczeństwa.

Oczywiście obowiązkiem państwa jest, by to społeczeństwo chronić. Jeśli w przypadku tego pana resocjalizacja nie przyniosła skutków, należy podjąć kroki, by mimo odbycia kary nie doprowadził on znowu do czyjejkolwiek tragedii. I takie działania teoretycznie rządzący podejmują, ferując tzw. ustawę o bestiach, dającą praktycznie nieograniczone możliwości zamykania takich niezresocjalizowanych jednostek w ośrodkach zamkniętych, celem dalszego leczenia. Inicjatywa sama w sobie słuszna, nie można bowiem karać kogoś dwa razy za ten sam czyn, tak samo jak nie można świadomie na ulicę wypuścić skrzywionego psychicznie zwyrodnialca, który stanowi realne zagrożenie dla otoczenia.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby właśnie nie otoczka medialna. Nikt, poza najbliższym otoczeniem lekarzy czy służb więziennych nie wie, jakim teraz człowiekiem jest Trynkiewicz. Być może jego skłonności pedofilskie czy chęć zabijania przetrwały próbę czasu i po wyjściu na wolność da im upust? Wtenczas, jak wcześniej wspomniałem, odpowiednie organa winny sprawami pokierować tak, by do takiej sytuacji nie dopuścić. A co jeśli człowiek ten w więzieniu został wyleczony? Zrozumiał swój błąd i nigdy więcej takiej zbrodni nie popełni? Pierwotnie usłyszał wyrok śmierci, ale ostatecznie dostał inną karę i – jeśli został zresocjalizowany – zgodnie z prawem 11 lutego powinien być wolnym człowiekiem. Nagonka mediów doprowadziła jednak nie tylko do psychozy w społeczeństwie, ale również wywiera niesamowitą presję na rządzących i wszystkich innych w sprawę zaangażowanych. Lud z pomocą mediów wydał już nań wyrok, władza ma go tylko wykonać. A jak nawet jakimś cudem człowiek ten wyjdzie na wolność, to wyrok wykona lud.

Abstrahując ponownie od słuszności zasądzanych kar czy innych działań, zapominamy gdzieś w tym całym rwetesie, że ucierpieć może osoba niewinna lub taka, która już karę poniosła. Na cierpienie skazujemy też rodziny i bliskich przestępcy, którzy najczęściej nie mają z jego zbrodniami nic wspólnego. Ponadto tworzymy też precedensy, które w znacznie mniej medialnych sprawach dołożą tychże cierpień innym ludziom, którzy na fali działań społecznych zostaną przez system wchłonięci i być może na resztę życia zapomniani w cierpieniu.

To właśnie te tragedie w tle medialnych wydarzeń są tak naprawdę najgorsze.