GDZIE JEST TERAZ FABUŁA

GDZIE JEST TERAZ FABUŁA

Był w kinematografii czas, gdy fabuła filmów stanowiła nieusychające źródło doznań najwyższych lotów, podczas gdy seriale, pogardliwie zwane „tasiemcami”, dostarczały jedynie rozrywki z gatunku lekkiego, niedzielnego popołudnia. To dzieła srebrnego ekranu stawały się kamieniami milowymi w swoim gatunku, to one były tematem zażartych dysput, to one inspirowały kolejnych twórców i kształtowały gusta. Wieloodcinkowe telenowele albo nas bawiły albo – mniej lub bardziej – udawały, że mają coś głębszego do przekazania. Od paru lat jednak wyraźnie widać kinową tendencję zniżkową, by nie rzec wręcz: pikującą, gdy produkcje naprawdę godne uwagi są raczej incydentalnym podrygiem, niźli swego rodzaju normą. W poszukiwaniu odpowiedzi na palące pytanie: „Gdzie u licha podziała się fabuła” warto iść za radą ludowego porzekadła, że najciemniej pod latarnią i uwagę zwrócić właśnie na seriale.

Z tą marginalizacją seriali w latach ubiegłych jest rzecz jasna nieco przesady, bo nie wszystkie je możemy uznać za papkę dla mas. Ktoś jednak rzekł kiedyś, że ta forma sztuki jest przeznaczona dla twórców i odtwórców przez wielkie kino odrzuconych. Dla wielkoformatowych reżyserów, scenarzystów czy aktorów paranie się tasiemcami było passe. Od paru lat możemy jednak obserwować tendencję zgoła odwrotną, to właśnie w seriale inwestowane są najznamienitsze zasoby ludzkie z branży filmowej. Udział w popularnej produkcji jest teraz swego rodzaju nobilitacją. A wszystko to ku uciesze końcowego użytkownika, czyli widza.

Być może przyczyn takiego zjawiska należy szukać w ogólnym upadku kina. Dziełami ambitnymi, lub jak kto woli: „niezależnymi”, naszpikowane są kina studyjne (których liczba niestety maleje), gdyż z przeznaczonych dla mas multipleksów zostały one raczej bezpowrotnie wyparte, gdyż w żaden sposób nie dawały gwarancji kompletu na widowni. Zresztą w czasach permanentnego zabiegania i towarzyszącemu mu rozwojowi techniki, odbiorca (tak masowy jak i ten ambitny) nierzadko woli w zaciszu własnych czterech ścian włączyć coś na ekranie komputera, niż poświęcać niemało czasu i jeszcze większe finanse by obejrzeć film „na mieście”.

Ponadto twórcy w formacie serialowym dostrzegli nowe, większe możliwości. Film bowiem ma jedną zasadniczą wadę – czas. W serialu zaś pojęcie ograniczeń czasowych w zasadzie nie istnieje, bo historii wcale nie musimy stłoczyć w 90, 120 czy nawet 240 minutach, jak ma to miejsce w przypadku dzieł kinowych. Tu fabułę możemy budować stopniowo, ciekawie i nieśpiesznie, wręcz lirycznie. Wątki główne i poboczne można dopieszczać, może nawet rozwlekać. Oczywiście granice rozsądku i dobrego smaku nadal obowiązują, ale dla reżysera, scenarzysty czy aktora czasu do zaprezentowania swego kunsztu na pewno nie zabraknie.

Rzućmy chociażby tymi głośniejszymi ostatnio tytułami: „Breaking Bad”, „House of Cards”, „Gra o Tron”, „Detektyw”. Każdy z nich wprowadza nas w arcyciekawy świat, z którego bohaterami zżywamy się w sposób znacznie głębszy, niż miało to miejsce w przypadku „Dynastii” czy „Mody Na Sukces”. Tutaj fabuła jest osią całego dzieła i choć gusta są różne, to oddać twórcom należy szacunek za kawał naprawdę dobrej roboty. Nic bowiem nie jest zrobione po macoszemu, nie wpisuje się w utarte serialowe schematy. A dobrodziejstwo wszelakich serwisów filmowo-serialowych powoduje, że wcale nie musimy nerwowo czekać tydzień, by obejrzeć następny wycinek interesującej nas historii. Badania rynku pokazują, że współczesny widz (taki, nazwijmy go… internetowy?) najczęściej robi tak, że jednego wieczoru odpala 2-3 odcinki aktualnie pochłanianego tasiemca. Już nie superprodukcja kinowa, niekoniecznie stary klasyk. Po prostu siadamy i przez ok. 2 godziny oddajemy się serialowi.

Długo zastanawiałem się, czy ta tendencja jest dobra czy niedobra. Bo przecież kiedyś słowo „serial” stawiało mi przed oczami masakryczną stratę czasu na cotygodniowe wątki, które zresztą między odcinkami mi uciekały. Nieliczne wyjątki, jak „Z Archiwum X” czy „Miasteczko Twin Peaks” wcale mnie do świata seriali nie przekonywały. Jednak produkcje wymienione w poprzednim akapicie oraz właśnie możliwość oglądania ich „kiedy chcę, ile chcę i nawet jak chcę” spowodowały moje swoiste nawrócenie. Choć może lepszym określeniem byłoby tu „wstąpienie” do tegoż świata, gdyż przyznać należy, że choć historia seriali jest niemal tak samo długa jak filmu, to jednak jej najnowsza karta jest światem zbudowanym praktycznie od nowa. Przenoszenie fabuły z ograniczonego czasowo kina do nieograniczonego czasowo serialu jest więc tendencją na pewno ciekawą i wartą dania jej szansy, a czy dobrą/niedobrą – czas pokaże.

2 Replies to “GDZIE JEST TERAZ FABUŁA”