CHARLIE HEBDO Z DYSTANSEM

CHARLIE HEBDO Z DYSTANSEM

Są tematy tak naładowane wszelkiego rodzaju emocjami, że ze wszech miar rozsądnym jest podejście do sprawy dopiero wtenczas, gdy napięcie opadnie już do poziomu pozwalającego na osąd trzeźwy, z minimalnym ryzykiem wyartykułowania czegoś, czego byśmy już kilka dni później żałowali. Paryski festiwal przemocy i strachu niechybnie do takowych należy i bieżące komentowanie, zwłaszcza publiczne, kaźni w redakcji „Charlie Hebdo” oraz zakrojonego na szeroką skalę polowania na oprawców naraża komentatora na wnioski pochopne, błędne lub – eufemizując – nietrafne. Choć i tak odnoszę wrażenie, że w pewnych kwestiach, by je prawidłowo ocenić, czasu na odarcie się z emocji może by zawsze zbyt mało…

Świat patrzył, jak francuskie służby specjalne podejmują zbrojny pościg za dwójką zamachowców, którzy kilka chwil wcześniej metodycznie wymordowali tuzin ludzi, w mniemaniu terrorystów winnych wielokrotnego obrażenia ich islamskich uczuć religijnych. Właśnie w tym momencie narrację należy przerwać i podążyć za myślami sprowokowanymi przez rozważenie pobudek morderców. To pierwsza pułapka, w którą wpaść może nader powodowany emocjami komentator. Łatwo bowiem za winnych zaistniałej sytuacji wskazać zarówno sprawców masakry (zabili ludzi), jak i ich ofiary (na zabicie się narazili). Pokusa na nietraktowanie sprawy w kategoriach: „białe”, „czarne” i doszukiwanie się odcieni szarości jest spora. W swych dywagacjach można dojść do mrożącego krew w żyłach wniosku, że może mordujący mieli rację?

Pojęcie śmierci, która jest w jakikolwiek sposób uzasadniona, w normalnie funkcjonującym świecie nie powinno mieć racji bytu. Gdy w obronie życia własnego pozbawimy tchu naszego napastnika, to choć radość z ocalenia jest wielka, to nie powinna być okraszona jednoczesną satysfakcją ze śmierci oprawcy. Ale…

Nasze myśli krążyć mogą w rejonach bardzo niebezpiecznych. Gdy bowiem rozważymy przyczyny, dla których młodzi ludzie zrealizowali przygotowywany w najdrobniejszych szczegółach plan zbrodni, nie wahając się ze stoickim spokojem pozbawiać życia kolejnych osób, możemy gdzieś z tyłu głowy niejako „słyszeć” pytania dotyczące zasadności tychże mordów. Czy rysownicy niszowego „Charlie Hebdo” nie przekroczyli przypadkiem granicy dobrego smaku w sposób, który popchnął urażonych ich wątpliwym poczuciem humoru fanatyków religijnych do – znów użyjmy eufemizmu – dania im nauczki? Ręka do góry ten, kto choć przez moment nie pomyślał, że ofiary paryskiej masakry może nie tyle są same sobie winne lub co gorsza na nią zasłużyły, ale przynajmniej w dużym stężeniu świadomości się na nią naraziły.

Wydarzenia sprzed kilku dni, to niewątpliwie tragedia na skalę tak ogromną, że pewnie kilka najbliższych lat nie wystarczy, by objąć ją rozumem i niejako przejść nad nią do porządku dziennego. Przez blisko 50 godzin byliśmy niemal naocznymi świadkami aktu terroru, ogromnego pościgu, kolejnego zamachu w sklepie koszernym, okupowania podparyskiej drukarni, kolejnych śmierci… Jedną sprawą jest oczywiście dojście do źródeł samego zajścia, schwytanie pozostałych współwinnych, itp. Drugą zaś jest ta, która w pewnym stopniu stanowi zaczyn tego artykuliku.

Jest nią niekończąca się seria pytań i wątpliwości. Dodajmy, że pytań w znakomitej liczbie pozostających bez odpowiedzi i wątpliwości rosnących adekwatnie do tychże zapytań. Dla wielu może to być swego rodzaju test, dokąd to mogą nas zaprowadzić dywagacje w temacie, który w teorii powinien być bardzo prosty, a jednak taki nie jest. I choć nie podejrzewam nikogo z czytających powyższe wypociny o opowiadanie się po stronie zbrodniarzy, to domniemywam iż dla licznej grupy trudne będzie całkowite wyzbycie się myśli, które mogą mieć początek: „A może…”.

I to nawet, gdy na tę całą makabrę spojrzymy z zawartym w tytule dystansem.

2 Replies to “CHARLIE HEBDO Z DYSTANSEM”