FRANK

FRANK

Pomimo minusowych temperatur, rodaków naszych do czerwoności rozgrzewa temat szwajcarskiej waluty, której to niebotyczny kurs zrodził strach w oczach tysięcy tych, którzy zakup swoich czterech kątów sfinansowali frankami właśnie. Temat, od strony czysto technicznej przeanalizowano już na wszelkie sposoby i ja, zwłaszcza wobec braku wiedzy w zakresie ekonomii, pseudonaukowych elaboratów tu nie umieszczę. Chcę jedynie za pomocą klawiatury zebrać obserwacje i wnioski, takie czysto ludzkie.

Larum zostało podniesione zaraz po decyzji szwajcarskiego banku, by ichnią walutę „uwolnić”. Nagłówki, obwieszczające najczarniejsze wizje zalały polski Internet (choć Internet chyba jest jeden, nie ma polskiego czy portugalskiego?), ludzie niemal wyszli na ulicę, wzorem uciemiężonych tylko 14-stoma pensjami w roku górników. Nagle bowiem okazało się, że robiąc złote interesy w obcej walucie mogą wyjść na nich, jak legendarny Zabłocki na mydle. Z jednej strony, pełna empatii zgoda dla ich nagłych cierpień – większość kredytobiorców zapewne z trudem zniesie dodatkowe kilkaset złotych, dołożone do comiesięcznej raty kredytu na upragnione własne M. Z drugiej zaś, czy mowa tu o problemach, choć bardzo realnych, to jednak niemożliwych do przewidzenia?

Kredyty w złotówkach mają ten jeden plus, że wysokość ich rat nie powinna ulec zmianie przez cały okres ich spłaty, a na pewno już nie ulec zmianie nagłej, nieprzewidzianej i drastycznie wysokiej. Branie pożyczki w jakiejkolwiek innej walucie niemal automatycznie niesie za sobą ryzyko wahań kursu, zwłaszcza iż mówimy o pożyczce kilku dekadowej, a nie takiej na rok czy dwa. I już sam ten fakt stanowić powinien bodziec ostrzegawczy dla chcących następne 30 lat swojego życia naznaczyć comiesięcznym oddawaniem lwiej części swego wynagrodzenia do banku. I to części, której wysokość zależeć będzie od miliona czynników ekonomicznej machiny, niemożliwej do przewidzenia w swych działaniach.

Powyższy czynnik jest wymieniany jako główne źródło problemu dzisiejszych „frankowiczów”. Takie uproszczenie sprawy jest jednak nieco mylące, by nie napisać – krzywdzące. Fruwający kurs CHF stał się jedynie zarzewiem do podnoszenia kwestii umów kredytowych jako takich. Nagle bowiem kredytobiorcy doznali olśnienia, że wiele zapisów tychże umów jest, eufemizując, niekorzystnych. Teraz dopiero widzą, jak wiele punktów pozostawiło bankom furtkę do działań niemal kryminalnych, w efekcie których rzeczeni frankowicze będą zmuszeni do zaciągania pożyczek na pokrycie warunków tej mieszkaniowej.

Tu znowu zmuszony jestem do wetknięcia szpilki naszym „pokrzywdzonym”. Co bowiem sprawiło, że obiektywnie niekorzystne zapisy ich umów (np. dotyczące ubezpieczenia) zauważyli właśnie teraz, gdy zostały one niejako uruchomione? Scenariusze są minimum dwa:

1. Frankowicze o niekorzystnych zapisach wiedzieli, ale ryzyko zbagatelizowali, zaklinali rzeczywistość („Tak się nie stanie”) albo uznali, że sobie z nim poradzą.

2. Frankowicze umów nie doczytali, nie zrozumieli, nie zwrócili się o pomoc do NIEZALEŻNYCH fachowców, czyli prawników, nie bankierów.

„Porada prawna dużo kosztuje” – zripostuje ten i ów. Serio? Taniej wyjdzie wywiązywanie się przez lata z drakońskich umów, niż jednorazowe zapłacenie kilku stówek gościowi, który by nam wdeptywanie w to bagno uczciwie odradził? Brzmi logicznie. Zwłaszcza, gdy zawarte kilka lat temu umowy frankowicze zanoszą teraz do prawników w radosnych podskokach, przepełnieni nadzieją, że wydanie TERAZ tych pieniędzy będzie miało sens.

Wracając jednak do samego kursu waluty. Jednym z pomysłów osób uciemiężonych „szwajcarskim” kredytem jest, by mogli swe zobowiązania już do samego końca spłacać według kursu „sztywnego”, dokładnie takiego, jaki był w dniu podpisania przez nich cyrografu. No, moi drodzy, nie trzeba być ekonomicznym orłem, by propozycję taką zasłonić kurtyną milczenia z lekką nutką pobłażliwego uśmiechu. Takie ustalenia, to tylko w złotówkach.

W przypadku wmienionych mimochodem protestujących górników łatwiej jest wskazać, co ich – przynajmniej w teorii – boli i czego oczekują. Wokół frankowiczów nakręciła się jednak niekontrolowana spirala bardziej domysłów, niż faktów. Z różnych źródeł słyszymy, iż chcą oni pomocy rządowej, dopłat, dotacji, renegocjacji umów, wycofania zaakceptowanych wcześniej ich zapisów, aż po wręcz umorzenie ich kredytów. Ile prawdy w tych postulatach jest, pewnie nie dowiemy się nigdy. Prawdą jednak pozostaje fakt, iż tysiące ludzi (lub, jak często piszą media – rodzin) stanęło przed koniecznością płacenia dużo większych pieniędzy, niźli robili to do tej pory. Otwartą kwestią pozostaje jednak, czy takich ewentualności byli świadomi i podjęli ryzyko, czy też zostali o nich niedostatecznie poinformowani lub wręcz padli ofiarą nastawionych na maksymalny zysk oszustów.

Swego rodzaju ciekawostką jest fakt, że kredyt we frankach „statystycznie” jest tańszy od złotówkowego. Do tej pory bowiem frankowicze faktycznie są „na plusie”, teraz „chwilowo” będzie gorzej, ale potem sytuacja powinna ulec poprawie. Jest więc ogromna szansa na to, by w ostatecznym rozrachunku jednak wyszli na tych kredytach dobrze.

Wypadałoby sprawę nieco podsumować, choć trudne to zadanie, bo wciąż jest ona w toku. Kilka wniosków wyciągnąć jednak można, np. z całą pewnością wiemy już (wszyscy, nie tylko frankowicze), że umowy trzeba czytać, dodatkowo ze zrozumieniem. W razie wątpliwości, zwłaszcza gdy w grę wchodzą niebotyczne kwoty rozłożone na kilka dekad, warto zasięgnąć opinii fachowca. Warto także pochylić się nad sensem zaciągania pożyczek w walucie, w której nie zarabiamy. Ale cóż, Polak – jak powszechnie wiadomo – najmądrzejszy jest już po szkodzie.

Niezależnie od finału całej „frankgate”, dobrze jest powstrzymać radykalne osądy i obrzucanie błotem zwłaszcza, gdy sprawa nas nie dotyczy bezpośrednio. Chyba, że rząd zadecyduje np. o pomocy finansowej dla pogrążonych w odmętach frankowego horroru. Wtenczas zaboleć może, że pomoc dla tych, co to na chytrości tracą dwa razy, idzie de facto z naszej kieszeni. Ale z tym warto poczekać do ostatecznego rozstrzygnięcia.

2 Replies to “FRANK”

  1. Jak dla mnie to bardzo dobry materiał. Dziękuje za to Tobie. Zachęcam innych internautów do przeczytania publikacji. Mam pytaniedo Ciebie i w związku z tym proszę o autora bloga kontakt na e-maila.