PIRACTWO

PIRACTWO

Piractwo, w jego klasycznym wydaniu, jest prawie tak stare, jak morska żegluga. Niemal od zarania jej dziejów morza i oceany roiły się od uzbrojonych hord wszelkiej maści rzezimieszków, pragnących przywłaszczyć sobie nienależące do nich dobra. Niejednokrotnie celem uzyskania dalszych zysków. Proceder ten tak naprawdę trwa do dziś, jednak my zajmiemy się taką konotacją „piractwa”, jaką żyjący przed wiekami morscy rozbójnicy nie mogli sobie wyobrazić nawet w najbardziej zakrapianych rumem snach.
Teoretycznie współczesne piractwo ze swym pierwowzorem ma pewnie wspólnego mniej więcej tyle, co zamek w drzwiach ma wspólnego z zamkiem zamieszkanym przez księżniczkę. W praktyce jednak nawiązań może być ciut więcej – pirat bowiem bezprawnie (bez zgody właściciela i bez uiszczenia opłaty) przywłaszczał sobie cudze dobra, z których korzystał sam, bądź to rozpowszechniał lub – częściej – sprzedawał innym dla zysku własnego, co pominięciem faktycznego właściciela owych dóbr. Przenosząc się do naszych czasów, za piractwo medialne uznamy, za Wikipedią:

„Potoczne określenie działalności polegającej na nielegalnym kopiowaniu i posługiwaniu się własnością intelektualną (programami komputerowymi, muzyką, filmami itp.) bez zgody autora lub producenta i bez uiszczenia odpowiednich opłat.”

Współczesny pirat korzysta więc z owoców kultury w sposób nie przynoszący ich autorom zysków, np. rozpowszechniając te owoce osobom trzecim. Zjawisko takiego rodzaju piractwa jest na tyle stare, że pewne jego formy uchodzą już za archaiczne. Dawniej takie udostępnianie było bowiem działaniem fizycznym, czyli posiadacz nielegalnie nabytej muzyki/filmu/programu komputerowego sprzedawał nośniki na szeroko pojętym czarnym rynku (w Warszawie kultowymi miejscami były w tym temacie: Stadion X-Lecia, giełdy na ul. Grzybowskiej i na ul. Batorego oraz tzw. Wolumen). Niepohamowany rozwój Internetu wyparł jednak „klasycznych” piratów, gdyż tak naprawdę mało kto chcąc wzbogacić swoją kolekcję muzyczną czy też filmową (tą piracką, rzecz jasna) odwiedza realne miejsca na mieście. „Zwyczajnie” korzysta z miejsc wirtualnych, gdzie na setki sposobów może sobie takie dzieła, kolokwialnie pisząc, ściągnąć.

Kogo jednak można uznać za pirata? Wbrew pozorom na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Pirat jest bowiem pojęciem pejoratywnym, zatem określona tym mianem osoba musi łamać obowiązujące prawo. Biorąc to pod uwagę, w żadnym wypadku nie wolno udostępniających nielegalne treści wrzucić do jednego worka z tymi te treści pobierającymi. Dlaczego? Polskie prawo stanowi, cytując za Wikipedią:

„Według art. 278 § 2 polskiego Kodeksu karnego uzyskanie programu komputerowego bez zgody osoby uprawnionej, w celu uzyskania korzyści majątkowej, jest przestępstwem. Nie ma przy tym jasności, czy korzystanie z uzyskanego w ten sposób programu w celach osobistych jest równoznaczne z uzyskaniem korzyści majątkowej poprzez nieponiesienie opłaty licencyjnej, czy – jak twierdzą inni – nie można utożsamiać braku wydatku z korzyścią majątkową.”

Krzywdzące jest więc – w świetle prawa – uznanie „pobieracza” za przestępcę. W teorii, jeśli na swój własny użytek ściągnę film lub muzykę, to nie łamię prawa. Wyjątkiem może być tutaj korzystanie z sieci p2p czyli takich, w których proces pobierania plików jest równoznaczny z ich udostępnianiem. A to już łamaniem prawa jest. Osobną kwestią pozostaje natomiast aspekt, użyjmy wielkich słów, moralny. Twórca/twórcy muzyki, filmów czy gier poświęcają kawał życia na tworzenie czegoś, co w założeniu – prócz satysfakcji – ma im umożliwić włożenie czegoś do garnka, opłacenie rachunków, itp. Innymi słowy, ściągając coś z sieci pozbawiasz ich zarobku. To tak, jakby za swoją pracę pracownik nie dostał wynagrodzenia. Poza tym masz za darmo coś, za co inni, kupując „oryginały”, płacą.

Oczywiście zwolennicy procederu użyją jednego z koronnych argumentów, jakim są właśnie pieniądze. Horrendalne ceny książek, filmów na DVD czy płyt muzycznych powodują, że tak naprawdę mało kogo stać na wydanie takich kwot. Do tego wydania ich na rzeczy, które niezbędne do życia na pewno nie są. I tu może się pojawić kontrargument – skoro nie mówimy tu o cenie jedzenia, to przecież wcale nie musisz mieć tego filmu czy tej płyty. Poza tym – powie ktoś inny – wysoka cena produktu nie usprawiedliwia jego kradzieży. Skoro nie stać cię na ferrari, a chcesz nim jeździć, to czym usprawiedliwisz jego kradzież?

Dysputom o cenach dziedzictw kultury raczej nie będzie nigdy końca. Słowo przeciwko słowu. Utyskiwanie na zbyt wysokie marże, miliony pośredników-darmozjadów, utrzymywanie molochów typu Empik, ale również kierowanie się chęciom zarobku, utrzymania rodziny, itp. Napisanie książki tematu nie wyczerpie. Podejście do sprawy systemem zero-jedynkowym też jest z góry skazane na niepowodzenie – dostęp do kultury zagwarantowany jest konstytucją, z drugiej zaś strony nikt nas do płacenia nie zmusza.

A właśnie, dostęp. No dobrze, ściągnięcie filmu czy albumu muzycznego, który nabyć można niemal na każdym rogu zabija argument, że coś jest niedostępne. Owszem, kosztuje, ale kupić możesz. A co z dziełami, których dostępność jest praktycznie znikoma? Interesuje nas, dajmy na to, twórczość garażowej grupy rockowej z malutkiej wsi gdzieś w południowej Afryce. Zespół ten nawet ma kontrakt z rodzimą wytwórnią i wydaje płyty. Załóżmy też, że grupa ich fanów w Polsce nie ogranicza się tylko do nas samych – wraz z nami kibicuje im sto innych osób. Tysiąc, niech będzie. Który polski wydawca/dystrybutor sprowadzi do nas te płyty, byśmy mogli je legalnie nabyć drogą kupna? I teraz – piracenie w tym momencie będzie działaniem uzasadnionym? Przecież mam pieniądze, chcę kupić, ale nie ma!

 Jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że największym problem związanym z piractwem jest fakt, że tak naprawdę nie ma jasno określonych ram co wolno, a czego nie wolno. Innymi słowy, nie istnieje jedna, spójna definicja piractwa oraz jasne przepisy prawne z nim związane. Oczywiście możemy wyciągać argument modnej ostatnio klauzuli sumienia. Możemy się spierać o ceny materiałów muzycznych, filmowych czy multimedialnych. Możemy usprawiedliwiać nasze działania brakiem dostępu. Możemy też uznać, że zapłacenie za produkt jest jedyną drogą do jego posiadania. Właśnie,  wszystko to możemy, chcemy, itp. Ciężko jednak jest w kontekście tego typu rozważań użyć słowa „musimy” i to niezależnie od obecnego lub przyszłego prawa.