SUMA WSZYSTKICH NATRĘCTW

SUMA WSZYSTKICH NATRĘCTW

Stwierdzenie typu: „każdy coś tam” zazwyczaj bywa w mniejszym lub większym stopniu krzywdzące, jednak w przypadku wszelakich natręctw – drobnych i tych dokuczliwych – raczej niewiele mija się z prawdą. Pomińmy więc pytanie „czy” i od razu wysuńmy zuchwałą tezę: „Każdy ma jakieś natręctwa”. Pytanie więc brzmieć winno: „Jakie są twoje?”
Z definicji, natręctwa są następem choroby na tle nerwowym. Celowo na sam początek wytaczam najcięższe działa, by sprawę nazwać po imieniu. Nieważne więc, czy „tylko” mrugasz lub zaciskasz czasem zęby, czy też dostajesz autentycznego szału z powodu niedomkniętych szafek. Wszystkie tego typu odruchy wynikają z pewnych zaburzeń. Nie w każdym przypadku, rzecz jasna, wymagają interwencji specjalisty, ale ich geneza jest jedna. Zazwyczaj nasz układ nerwowy jest zaatakowany w sposób w zasadzie niezauważalny, potrafimy też (lub nasze otoczenie) z tychże przypadłości czynić raczej przedmiot żartów, niźli powód do niepokoju.

Jakie natręctwa są najczęstszym udziałem naszej populacji? Pobieżne przejrzenie materiałów w tym temacie pozwala wyodrębnić chociażby takowe: obsesyjne mycie rąk, symetryczne ustawianie (przeliczanie) przedmiotów czy przesadne dbanie o czystość i higienę otoczenia. Dodałbym od siebie jeszcze może domykanie rzeczonych szafek tudzież drzwi od pokoju, „strzelanie palcami” u rąk, drapanie się, puszczanie oka, poprawianie uczesania i inne tego typu tiki.

Temat ten okazał się zresztą wdzięczny dla twórców filmowych, którzy wzięli go na warsztat przy okazji kręcenia, kultowego już, Lepiej być nie może z żywą legendą, Jackiem Nicholsonem. Scenarzysta dał głównemu bohaterowi życie obarczone natręctwami tak dokuczliwymi, że aż uniemożliwiały mu normalne funkcjonowanie w przestrzeni publiczno-społecznej. W takim wypadku, jak mawiają operujący urolodzy, odłóżmy jaja na bok. Dotykamy bowiem schorzeń, które zamiast być przedmiotem żartu (w tym rzeczywistym życiu, nie w filmowej fikcji), powinny zostać zdiagnozowane i leczone przez specjalistów. W pewnym momencie mogą one bowiem wykluczyć nas z „normalnego życia”.

Rodzimi twórcy (sic!) także postanowili szerszej publiczności uświadomić problem i w filmie Dzień świra skarykaturowali – albo i nie – obraz Polaka, który w mniejszym lub większym stopniu pasuje do każdego z nas. W założenia produkcja ta miała nie tyle przed społeczeństwem odkryć nieznane, co uświadomić oczywiste. Scenarzysta i reżyser w jednym uznał, że film ten miał być dla widza zwierciadłem, popchnąć go do głębszej refleksji lub chociaż do zwrócenia baczniejszej uwagi na nasze myśli i odruchy. Największą bodaj porażką „Dnia świra” jest to, że wielu kwalifikuje go jako komedię…

Osobiście przyznać mogę się do natręctw co najmniej kliku. Oprócz kilku niegroźnych (domykanie szafek/szuflad/drzwi, liczenie „wszystkiego”, itp.), do tych problematycznych mogę zaliczyć niechybnie: przygryzanie warg, „ruszanie” okiem i drżenie/sztywnienie rąk w sytuacja publicznych, jak np. przemówienia czy obiad w większym gronie. Ale to ostatnie niechybnie wynika z mojej wrodzonej nieśmiałości.