DŁUGA LINIA METŁA I INNE BYLEJAKOŚCI

DŁUGA LINIA METŁA I INNE BYLEJAKOŚCI

Nie dziwi fakt, że druga linia metra, a w zasadzie jej centralny odcinek, otwarty został bez tzw. pompy. Niby ludzie byli, niby media przybyły, niby HGW się pojawiła. Wyraźnie jednak widać, iż wszystkim z powodu otwarcia było bardziej głupio niźli radośnie. Idealnie bowiem sytuacja z metrem pasuje do typowej polskiej „bylejakości”.
Teksty z mojej strony nie nawiązują do polityki i tak też będzie tym razem. Niemniej delikatnie temat musnąć musimy, gdyż cokolwiek w tym kraju jest dużego – budowa, inwestycja, zakup, itp. – o politykę się ocierać zwyczajnie musi. Budowa od pokoleń oczekiwanej sieci połączeń kolejki podziemnej najczęściej komentowana była w kontekście poczynań rządu, samorządu, ratusza miejskiego i innych tego typu strasznych potworków. Choć łopat na terenie budowy nie wbijali urzędnicy, to właśnie od ich działań (lub częściej – ich braku) uzależniony był postęp prac.

Nie warto tu wspominać o pierwszych planach budowy kolejki podziemnej, sięgających 1902 roku. Pakiet wymówek, dlaczego pierwsze stacje oddano pod koniec XX wieku jest zbyt duży (wojna, komunizm, zapaść gospodarcza, bielactwo Michaela Jacksona), by szczegółowo rozwodzić się nad blisko stuletnim opóźnieniem. Ale czym, w XXI wieku, tłumaczyć można otwarcie centralnego odcinka II linii po prawie 5 latach prac? 7 stacji w 5 lat?!

I tu na scenę wkracza polska bylejakość. Problemy były już na długo przed wjechaniem ciężkiego sprzętu na teren budowy. Urzędnicze przepychanki, tony zużytego papieru (i hektary wyciętych lasów przy okazji), medialny szum… Słowem masa działań, ani trochę nie przyśpieszających przysłowiowe wbicie łopaty. Po prawno-polityczno-idiotycznej batalii, problemy się na dobre… zaczęły. Nigdy bowiem (prawdopodobnie) nie poznamy przyczyn, dla których życie na budowie zamierało na długie tygodnie, dla których znaleziony podczas pracy koparki kamień spowodował natychmiastowe wstrzymanie inwestycji, dla których wyłączona z ruchu została Wisłostrada (tak, wiem – zalało ją, ale dlaczego?), dla których przeprawę przez Wisłę puszczono dołem, a nie górą (szybciej, taniej, bezpieczniej), dla których odbiory techniczne trwały wieki. Co ciekawe, już pierwsze dni po otwarciu pokazały, że metro w obecnym kształcie to taki syf pokryty pudrem – z zewnątrz wygląda nawet dobrze, ale pod spodem wciąż straszy syf. Awarie ruchomych schodów, zapchane toalety, nieczytelne oznaczenia, udziwnione bramki… Korzystający z tej formy komunikacji mieli pełne prawo oczekiwać, że dopieszczana przez pół dekady inwestycja będzie funkcjonowała jak mechanizm szwajcarskiego zegarka. Tymczasem działa raczej jak chińskie podróbki tychże.

Pani HGW

„nie wyobłażała sobie, by zagłaniczni kibice nie dojechali podczas Euło 2012 na Stadion Nałodowy długą linią metła”.

Tamten turniej wspominamy ze wstydem (głównie ze względu na tragiczny występ rodzimej reprezentacji), podobnie jak dumne zapowiedzi Pani Prezydent Warszawy. Obietnic było jeszcze kilka – od przybliżonych dat, konkretnych weekendów czy też dojazdu na przedświąteczne zakupy, przy czym nie podała o które święta chodzi.

Stadion Narodowy to kolejny epizod w niechlubnej bylejakości. Spirala problemów przed, w trakcie i po budowie. Na jaw co i rusz wychodzą kolejne kwiatki, że za stadion przepłacono, że ma wady konstrukcyjne… Dodajmy do tego autostrady – coś, co inne kraje mają od lat, my wyczekujemy całymi pokoleniami, a najczęściej zamiast radości, odczuwamy zawód. Bo jak tu cieszyć się z nitek dwupasmowych? Nieoświetlonych? Obudowanych w nikomu niepotrzebne ekrany akustyczne? Bez stacji benzynowych czy możliwości zawrócenia częściej niż co kilkadziesiąt kilometrów? Do długiej listy bylejakości, czyli wiecznego niemal oczekiwania na ostatecznie słaby produkt, dodać śmiało możemy „inwestycje” w miejskie parki, parkingi publiczne, boiska czy hale sportowe, ścieżki rowerowe, nowoczesny tabor komunikacji miejskiej, itp., itd., etc.

Strach pomyśleć, że gros inwestycji w ostatnich latach podparte było wspomnianym turniejem Euło, oraz płynącymi szerokim strumieniem pieniędzmi z Unii Europejskiej, wciąż nad morze z Warszawy jeździlibyśmy przez małe miasteczka i wioski, stolica nie doczekałaby się choćby namiastki obwodnicy, druga linia metra byłaby wciąż na etapie planów, a po drogach jeździłyby wciąż leciwe Ikarusy i tramwaje „trumny”. I nie, nie chodzi tu o typowe polskie malkontenctwo, czyli że choćbyśmy wszyscy dostali od rządu po złotym porche, to i tak byłyby głosy narzekania: „a czemu złote?”, a „czemu porche?”, „a czemu nie dwa, czym ma moja żona jeździć?”. Nie, tu sytuacja jest nieco inna – radością napawa nas rozwój miasta, kraju, itp. Tylko dlaczego u licha jak już coś robimy, to zamiast porządnie, robimy byle jako?