DLACZEGO NIE OBEJRZĘ MECZU POLSKI

DLACZEGO NIE OBEJRZĘ MECZU POLSKI

Niedawne podrygi naszych reprezentantów w piłce kopanej, okraszone historycznym tryumfem nad drużyną niemiecką, ponownie rozbudziły w sercach polskich kibiców nadzieje, że co złe to już było i idzie nowe, lepsze. Podziwiałem do niedawna sam siebie, teraz już tylko podziwiam i szanuję tę biało-czerwoną rzeszę, której wiara w sukces „naszych” jest, mimo niesprzyjających okoliczności, niemal niczym niezachwiana. Powodzenia chłopcy, ale moja wiara umarła i wskrzesić ją mogą wyłącznie zmiany gruntowne, u podstaw. Nie zaś to, co ma miejsce obecnie, czyli pokrywanie syfa grubą warstwą pudru. Dlatego niedzielnego meczu z Irlandią nie obejrzę.

Początków zaklinania rzeczywistości doszukiwać się można mniej więcej w okresie, gdy polską reprezentację objął Leo Beenhakker . Wtenczas Polacy pierwszy raz w swej historii awansowali na Mistrzostwa Europy, gdzie jednak tradycyjnie rozegrali tylko trzy mecze: otwarcia, o wszystko i o honor. Niezrażeni wyznawcy naszych kopaczy dostrzegli jednak  w tym wszystkim impuls zwiastujący nowe, lepsze czasy. Wystarczył bowiem obyty w świecie futbolu trener, który uruchomiwszy tu i ówdzie odpowiednie trybiki, zrobił z naszych ligowych wyrobników niemal gwiazdy w skali światowej, jak sam mawiał: „international level”. Gdzieś tam w wywiadach wspominał, że to działania jedynie doraźne, że aby takowy stan rzeczy trwał, musimy skupić uwagę na polskich juniorach. Nikt na jego dywagacje uwagi nie zwracał – sukces był tu i teraz, to na nim budować mieliśmy biało-czerwoną potęgę.

Leo wiedział, że ze swych podopiecznych wycisnął tyle, ile się dało. Z ich przygotowaniem psychicznym, fizycznym, technicznym, motorycznym. Z ich podejściem do zawodu, wszak piłka nożna pracą również jest. Ani on, ani żaden inny trener świata i okolic, nie nadrobiłby wszystkich braków z lat pacholęcych, kiedy to przyszli adepci futbolu zdobywają wiedzę i umiejętności, doszlifowywane w wieku późniejszym. Posiąść pewnych cech nie jest bowiem w stanie do dorosły, dwudziestokilkuletni mężczyzna. To trochę jak z wirtuozami muzycznymi – rzadko możemy podziwiać świetnych pianistów czy skrzypków, którzy grą na instrumencie poważnie zajęli się ciut przed trzydziestką.

Apogeum biało-czerwonych możliwości nastąpić miało w roku 2012, gdy to na naszych, świeżo zasianych murawach mieli nasi, niesieni dopingiem z tysięcy gardeł wirtuozi w pył roznosić kolejnych rywali. „Jak nie teraz, to kiedy?” – cytowano klasyka. Turniej Euro szybko pokazał, że owszem – nie wtedy, ale dopiero gdy zamiast z piłkarskich rzemieślników robić na siłę gwiazdy, nie wrócimy do absolutnych podstaw i takowych gwiazd zwyczajnie sobie sami nie wyhodujemy.

Zaklinanie rzeczywistości trwa w najlepsze, a wyjątkiem potwierdzającym regułę jest właśnie zasłużone, aczkolwiek incydentalne pokonanie Niemców. Nikogo ze snu nie obudziła totalna porażka na Euro 2012, brak awansu na Mundial 2014, czy też wcale nie taka super gra podczas obecnych eliminacji do Euro 2016. Wciąż mało kto zdaje się rozumieć, że nasza kadra to nadal zlepek piłkarzy raczej słabych z nielicznymi kandydatami na perełki, a nie odwrotnie. By powiedzieć wprost – nie jest nasza drużyna zgranym kolektywem, złożonym z dobrze wyszkolonych i potrafiących rozumieć założenia taktyczne piłkarzy, mających pomysł na grę i umiejętności do realizowania tego pomysłu. Wynoszenie pod niebiosa Roberta Lewandowskiego oraz naciąganie osiągów piłkarzy pokroju Krychowiaka czy Glika tworzy przekłamany obraz rzeczywistości. Dobitnie pokazuje to kontuzja choćby jednego z tej układanki, gdy zdarzenie takie wywołuje burzę mózgów wśród ekspertów, głowiących się nad tym, kim to naszą gwiazdę zastąpić.

Najbardziej palące kwestie dzisiejszej piłkarskiej Polski, to np. zarobki Roberta Lewandowskiego w Bayernie Monachium, kwestia braku powołania Jakuba Błaszczykowskiego (po rocznej niemal kontuzji obraża się, że nie gra w kadrze), pozaboiskowe wybryki Wojciecha Szczęsnego czy też utrzymanie jesiennej formy przez blisko 34-letniego Sebastiana Milę. Ani słowa o piłkarskiej edukacji młodzieży, kopiowania zachodnich wzorców szkoleniowych, o wysłaniu naszych trenerów na douczki do najlepszych, itp., itd. Innymi słowy liczymy jedynie na „mecz życia” naszych gwiazdek, a potem, po niechybnej ich porażce, wybierzemy sobie nowych idoli i zaczniemy zaklinanie od początku.

Dopóki więc nie usłyszę o wbiciu symbolicznej łopaty na placu budowy polskiej piłki, o szkoleniu młokosów, o programach rozwoju, o lidze juniorów czy innych tego typu inicjatywach, reprezentacja będzie miała o jednego kibica mniej. To pewnie dla kadry żadna strata, ale dla mnie ich ignorowanie w obecnej formie również ogromną stratą nie jest.