VOD

VOD

Portale streamingowe nie są może w sieci nowością, ale przyznać należy, że właściwie dopiero teraz nabierają one porządnego rozpędu. Zwłaszcza te serwujące szeroko pojęte obrazy filmowe, bo muzyczne swój rozkwit przeżyły dawno temu. Przy tej okazji pada nieśmiertelne pytanie: „Czy kino (w senie miejsca wyświetlania seansów) umrze?” Tak, ale nie.

Rozwój cywilizacyjny ma swoje wady i zalety, ale jedno możemy przyznać – poszerza horyzonty. Postrzegamy rzeczywistość na skalę bezprecedensową i to już nie tylko w zaciszu własnej przestrzeni między uszami, ale tak namacalnie. W zasadzie filmy z gatuknu science-fiction, zamiast silić się na ukazaniu wizji przyszłości, mogłyby pokazywać przeszłość. Dla wielu młodych będzie ona nie do uwierzenia.

I właśnie świata filmu ten rozwój dotknął, o ile po prostu w niego nie przywalił. I już nie idzie o samą technikę kręcenia. Bardziej o sposób docierania do widza. Do niedawna mieliśmy bowiem z grubsza dwie możliwości oglądania – w kinie lub w domu. W ostatnich latach urządzenia mobilne dały opcję trzecią. Podczas gdy kino (bramka nr 1) jest tym samym, czym było od lat i żadne 3D, 4DX i inne tego nie zmienią, tak sposób odbioru obrazów w domu i mobilnie (bramki nr 2 i 3) uległy swego rodzaju ewolucji. Chodzi o tzw. strony z VOD (video on demand – przyp. Stębnowski), którego zgodnie ze swym określeniem, oferują subskrybentowi dostęp do nieprzebranej ilości filmów, seriali, programów naukowych, rozrywkowych, itp., itd. Chyba mocniej niż drzewiej, zasadnicze jest pytanie o ewentualną śmierć kina.

To trochę jak z książkami. Ich niebyt ogłaszano wielokrotnie, bo e-booki, bo audio-booki, bo czytniki, bo to i tamto. A książki jak żyły od wieków, tak wciąż mają się dobrze. Kino też miało zostać wyparte a to przez kasety VHS (ktoś na sali pamięta?), a to przez CD/DVD/Blu-Ray, a już w ogóle ostateczny cios zadać miał Internet i sięjące spustoszenie piractwo. Kto normalny pójdzie wydać kilkadziesiąt polskich nowych złotych, jak pod strzechą ma to samo za darmo? Zatem albo otaczają nas sami nienormalni, albo kino ten cywilazyjny postęp przetrwało. Albo jedno i drugie.

Serwisów VOD, które przeciętny Iksiński kojarzy, jest co najmniej kilka. I nie chodzi tu tylko o popularne od lat CDA, wchodzący z pompą Netflix czy próbujący nadąrzać za konkurencją Showmax. Filmy na życzenie oferowane były już od lat w pakietach sieci kablowych, jako dodatkowa usługa od dostawców Internetu, mniej lub bardziej udolne próby zdobycia klienta podejmowały TVP, od pewnego czasu HBO Go, a swoją ekspansję zapowiadają takie tuzy jak Disney czy Amazon. Serwisy różnią się nie tylko ceną, ale także posiadanymi zasobami. CDA ewidentnie idzie w ilość, nie jakość (i chodzi tu też o jakość obrazu, niestety), Netflix promuje twórczość własną, Showmax z kolei odświeża polską kinematografię. Większość wymienionych łączy jedno – coraz ciekawsza oferta.

Przodować w tym zdaję się głównie Netflix, stawiający na produkcje z własnej stajni. Wielu seriali czy programów nie zobaczymy nigdzie indziej (przynajmniej legalną drogą), a ostatnio gigant testuje też całkiem nowe rozwiązanie – premiery. W skrócie ujmując, film zamiast trafić do kina, pojawia się właśnie w serwisie. Nie kilka tygodni po premierze, nie w innej wersji. Zamiast. Oczywiście nie są to na razie megahity, ale z historii wiemy, czym może być mały krok dla ludzkości.

Na powyższym przykładzie widać, że serwisy VOD nie są już tym, czym były kiedyś – zwykłym zbiorem przypadkowych filmów, niekoniecznie najświeższych i najlepszych. Wymienione dwa akapity temu firmy również pokazują: „Hej, mamy wizję! Zależy nam na twojej kasie, ale serio dajemy coś w zamian!”. Produkcje własne, premiery, nieprzypadkowe zbiory tematyczne. Dostęp do legalnych treści w dobrej jakości i za rozsądną cenę to coś, czego zdecydowanie do tej pory brakowało. I być może właśnie dotarliśmy do momentu, w którym wygoda weźmie górę nad tradycją.

Dla wielu kina umrą. Nie całkowicie, w sensie nie przestaną istnieć sale kinowe, ale miejsca te pozostaną dla nich raczej okazją do wypadu ze znajomymi, niźli jednym z głównych źródeł pochłaniania osiągnięć kinematografii. Oczywiście nadal to z dystrybucji kinowej producenci czerpać będą zyski największe (żaden abonament w serwisie VOD nie zwrównoważy im wpływów z biletów). Wciąż sporo filmów, tzw. widowiskowych jednak lepiej wypadną na srebrnym ekranie, niż na plazmie 65 cali. Są na świecie amatorzy kin studyjnych, bajki dla dzieci to niemal osobna gałąź wielopoziomowego marketingu, dla wielu zaś kino to po prostu kino (jak książka to książka).