GDY NIE MASZ KOMU ZAPŁACIĆ

GDY NIE MASZ KOMU ZAPŁACIĆ

Przyjęło się powiedzenie, że w Internecie jest „wszystko”. Sprzyja to niechybnie rozwojowi tzw. piractwa, czyli zjawisku darmowego pobierania z zasobów sieci treści, za które powinniśmy zapłacić. Ale co w sytuacji, gdy zwyczajnie nie ma komu zapłacić?

Temat piractwa w sieci jest pod jednym względem mega ciekawy – praktycznie niemożliwe jest jego wyczerpanie. Innymi słowy nie dojdziemy do punktu, w którym strony dyskusji zgodnie stwierdzą, że to omówione zostało już wszystko, sprawa wyjaśniona, wychodzimy i gasimy światło. Sam swego czasu podjąłem próbę zgłębienia zagadanienia (TUTAJ), ale do dziś towarzyszy mi uczucie niedosytu. Zwłaszcza teraz, gdy w teorii Internet i jego zasoby dla przeciętnego użytkownika sprawiają wrażenie czegoś nieskończonego niczym wszechświat. Rzec można nawet, że jeśli czegoś w sieci nie ma, to może tak naprawdę nie istnieje?

Teoretycznie w sieci można też „wszystko” kupić. Bez większego problemu zakupimy towary dostępne dotąd głównie w fizycznych sklepach. Dotyczy to także szroko pojętej sztuki – książki nabyć drogą kupna możemy w księgarni, ale także na stronie internetowej. Płytę ulubionego zespołu zdobyć możemy w sklepie tradycyjnym lub poprzez kilka działań w sieci. I nie chodzi tu tylko o zaoszczędzenie dwóch godzin potrzebnych na dotarcie do punktu handlowego zlokalizowanego na drugim końcu miasta. Rzeczonych zakupów dokonać możemy, gdy pożądany towar leży gdzieś na półce w innej strefie geografocznej, czasowej, klimatycznej i każdej innej. Ale co w sytuacji, gdy mimo najszczersztch chęci, nawet w sieci nie mamy komu zapłacić za pożądany towar?

Weźmy przykład zdobyczy kultury, czyli klasycznie – książki, muzyka, filmy. Spróbowaliśmy interesującą nas powieść/płytę/film nabyć w naszym mieście lub nawet kraju, ale z różnych przyczyn tych pozycji nie znaleźliśmy. Kolejnym krokiem jest zerknięcie do Internetu – szukamy sposobności, by interesujące nas dzieło posiąść legalną drogą, ale tu kolejna bariera – znane wydawnictwa nie oferują szukanej książki, nie dystrybuują płyty czy filmu. Inaczej rzec ujmąjąc – choć chcielibyśmy wydać naszą kasę, to nie ma chętnych na jej przyjęcie.

Przyjmijmy na potrzeby naszej dyskusji, że poszukiwany przez nas okaz (książka/album muzyczny/film/serial/itp.) nie wpisuje się w nurt główny, tzw. mainstream. Czyli pożądane przez nas wydawictwo nie ujrzało światła dziennego w języku angielskim lub hiszpańskim (oraz żadnym innym, którym posługuje się znacząca część populacji), nie trafiło pod skrzydła żadnej firmy (wydawcy/dystrybutora) o zasięgu ponadnarodowym i ogólnie uznać można to za sensację raczej lokalną. By rzecz sprecywoć, załóżmy że mowa tu o stworzonym przez Finów filmie dramatycznym, dotykającym problemów mieszkańców konkretnego rejonu tegoż kraju. Dla polskiego odbiorcy może być to prawdziwa gratka, ale:

  • nie ma on co liczyć na dystrybucję kinową
  • żadna rodzina (polska) firma nie podejmie ryzyka dystrybucji DVD
  • próżno szukać tego tytułu w programach stacji TV

Żadna instytucja nie podejmie biznesowego ryzyka propagowania czegoś, czym zainteresowane mogłyby być jednostki. Powiedzmy sobie szczerze – kto w kraju z 40 milionami obywateli zaprząta sobie głowę wprowadzaniem do kin lub nawet wypuszczenia nośników z filmem, który interesuje 40 osób? Ale jednak – ta garstka słyszała o fińskim filmie i z chęcią go obejrzy, przeznaczając na to swoją kasę. I co w sytuacji, gdy nikt tej kasy nie chce, a w nieprzebranych zasobach Internetu ten film zwyczajnie jest dostępny, do tego jakiś pasjonat wypuścił do niego polskie napisy?

Rzecz nie dotyczy tylko produkcji niszowych. OK, załóżmy że byliśmy w jakimś pubie i na deskach jego sceny grała fajna kapela – trudno oczekiwać, że to od razu oznacza koniezność zainteresowania ze strony wytwórni fonograficznych i nasze ewentualne zdenerwowanie tym, że nie możemy nigdzie nabyć płyty zespołu Janusz Band. Ale co w przypadku dzieła z nurtu głównego, ale już nieco zapomnianego? Dobrym przykładem może być tu mój własny, gdy próbowałem zdobyć legalą drogą serial „Nowe przygody Supermana”. Niestety, nikt nie chciał mojej kasy za wersję z polskim lektorem lub chociaż takowymi napisami. Jedyny sposób by rzeczoną produkcję obejrzeć, prowadził (czas przeszły, bo poszukiwania odpuściłem około rok temu) poprzez tzw. piracenie.

Jestem w stanie zrozumieć, że producenci/wydawcy/dystrybutorzy nie mogą zaspokoić potrzeb wszystkich ludzi na naszej planecie. Pewnie sam nie widziałbym sensu w inwestowaniu kasy na dystrybucję mongolskiego dramatu obyczajowego w migowym języku suahili, ale uwierzcie – czasem serio piractwo jest jedynym sposobem na zdobycie czegoś, co nas interesuje. I nijak ma się tuaj krytykowanie kradzieży, gdy kogoś na coś nie stać. Bo tu mówimy o sytuacji, gdy bardzo możno chcemy zapłacić, tylko zwyczanie nikt od nas nie chce pieniędzy.