PRACUJ W PL. CZĘŚĆ 1

PRACUJ W PL. CZĘŚĆ 1

Praca pochłania ogromną część naszego życia. Jeśli do samego wykonywania związanych z nią obowiązków dodamy: dojazdy, myślenie o niej, stres, szukanie, itp., wyjdzie na to, że słowo „praca” definiuje większość naszej egzystencji. Chciałbym się podzielić kilkoma własnymi spostrzeżeniami na temat procesu jej poszukiwania, zdobywania, zmieniania, tracenia i paru jeszcze innych. Niniejszym zapraszam na artykuł nr 1.

Zacząć wypadałoby od początku, czyli opisać moment, w którym młody zazwyczaj człowiek staje przed koniecznością podjęcia płatnego zajęcia. Na przestrzeni wieków proces ten ulegał wielu zmianom; nawet w miarę najnowsza historia pokazuje, jakie zmiany zaszły w tej materii. Powojenne pokolenie naszych dziadków pracę miało niejako zapewnioną – pracować mógł (czy raczej musiał) każdy zdrowy obywatel. Z opowieści wnioskuję, że bezrobotnym trzeba było chcieć zostać, co przy okazji skazywało na postrzeganie jako margines społeczny, nierzadko ścigany prawnie. Zakłady pracy – jedno z moich ulubionych pojęć – dawały szeroki wachlarz zatrudnienia i to zwłaszcza, gdy doczepiona była do niego szkoła, np. mechaniczna czy hutnicza. Proporcja zawodów fizycznych do umysłowych była zgoła odwrotna do obecnej, jednak sam fakt zdobycia pracy nie należał do heroicznych wyczynów.

Jak jest dziś? Teoretycznie obowiązku pracy nie ma, choć zdrowy obywatel ma dość mocno ograniczone możliwości sensownego egzystowania, nie mogąc zbytnio liczyć na wsparcie ze strony tzw. państwa. Oczywiście może on próbować rozchulać własny interes czy zarabiać dorywczo, niemniej tym najbardziej klasycznym i przez większość (z konieczności) pożądanym rozwiązaniem jest podjęcie zatrudnienia stałego, opartego na solidnej umowie, z regularnymi wpływami na konto i wszelakimi luksusami, jak możliwość zachorowania czy nawet płatnego wypoczynku. Jak taką posadę zdobyć?

Najpopularniejszą metodą jest rzecz jasna skorzystanie z przepastnych zasobów Internetu. Rozwiązanie to tak mocno wbiło się w nasze umysły, że szukanie pracy w sieci w naszym mniemaniu jest takim istniejącym od zawsze, jakby nigdy wcześniej nie było innego. Nic bardziej mylnego – globalna sieć służy nam w tym od kilku, może kilkunastu lat i wbrew pozorom nie jest jedyną opcją. Wciąż wiele zakładów pracy (kocham to słowo!) ceni sobie wysłanie dokumentów aplikacyjnych pocztą tradycyjną lub nawet przyniesienie ich osobiście do – trzymająć się nomenklatury zakładowej – sekretariatu firmy. Miliony Polaków staje dzielnie niemal codziennie w kolejce do okienek w Urzędach Pracy, nierzadko też korzystając z tablicy ogłoszeniowej (takiej prawdziwek, korkowej, z przypiętymi do niej wydrukowanymi ogłoszeniami). Dość popularne są też staże czy praktyki studenckie, które w sporej liczbie wypadków przeradzają się w zatrudnienie po uzyskaniu dyplomu. W niektórych zawodach wystarczy do pracy… po prostu przyjść. Nie raz i nie dwa świadkiem byłem, gdy na teren budowy wchodził szukający zajęcia jegomość, i kierownik bądź inny możnowładca dawał szansę wykazania się podczas, nazwijmy to, dnia próbnego.

By jednak sprawę zawęzić, przyjąć należy szukanie zatrudnienia w Internecie jako zjawisko powszechne, najpopularniejsze i najskuteczniejsze. Portali-słupów ogłoszeniowych w sieci znajdziemy mnóstwo, ich twórcy prześcigają na wielu płaszczyznach – ilości i jakości ofert, proponują pomoc w stworzeniu CV oraz listu motywacyjnego, dają opcję stworzenia swojego profilu, itp. Gdy jednak całą tę otoczkę usuniemy, sprowadzimy owe strony do wspomnianego wcześniej słupa, względnie cyfrowej tablicy z propozycjami zatrudnienia. I w zasadzie tutaj po raz pierwszy mamy do czynienia ze schodami.

Internetowe oferty pracy wyglądają niezwykle podobnie – opis firmy, zakres obowiązków, wymagania i obietnice tego, co w zamian są niemal bezdusznymi kalkami, nieco tylko zmienione w zależności od branży czy wielkości zakładu pracy (musiałem). Zazwyczaj dowiemy się, że w związku z dynamicznym rozwojem, do młodego zespołu wybitnych ekspertów pracodawca szuka kolejnego geniusza, którym być może jesteś właśnie Ty. Jeśli wyjmiemy z naszych dywagacji stanowiska naprawdę specjalistyczne, wyższego szczebla czy w drugą stronę – zajęcia bardziej poślednie to wyjdzie nam, że idealny dla rynku jest kandydat przed lub nieznacznie po 30-tce, z dyplomem magistra w ręku, znający minimum jeden język zagraniczny oraz (i tu już wjeżdża specyfika branży) ma dodatkowy atut w postaci znajomości konkretnych programów. Oczywiście 25 lat doświadczenia w zawodzie, dodatkowy język czy kierunek studiów oraz niewysokie wymagania finansowe będą atutem największym. Czego jednak w tych ogłoszeniach brakuje?

W 3/4 wypadków nie dowiemy się, jakie są oferowane zarobki. Nie idzie nawet o podanie kwoty z dokładnością po przecinku, ale o chociaż (uwaga, następne mocne słowo!) widełki. Rozumiem, że konkurencja nie śpi. Rozumiem też, że zbyt lichym wynagrodzeniem nie chcą spłoszyć potencjalnej gwiazdy i odwrotnie – rzucając na stół gruby szmal naraziliby się na lawinę CV ludzi z symbolami waluty zamiast źrenicy. Ale nawet jeśli pensja nie jest na szczycie listy naszych oczekiwań, to jednak nie czarujmy – pracujemy jeśli nie tylko, to głównie dla pieniędzy. I niestety z internetowego ogłoszenia nie uzyskamy tej pilnie strzeżonej informacji. Co więcej – często nie poznamy jej do samego momentu zatrudnienia, gdy dodatkowo może być tak, że zaakceptowaliśmy ofertę niższą od zaplanowanej przez firmę (bo w drugą stronę, to raczej nie). Poszukując posady z pozycji osoby bezrobotnej łatwiej nam podjąć ryzyko aplikowania, bo w końcu każda pensja lepsza będzie od żadnej. Ale już jako pracownik nie do końca wiemy, czy dana oferta nasze wynagrodzenie potencjalnie polepszy, czy raczej tracimy czas.

Kolejnym nagminnym brakiem precyzyjne informacji, jest miejsce wykonywanej pracy. Oczywiście 99% firm wali na ślepo: „Warszawa”, ale potem wychodzi na jaw, że w tym mieście to tylko biuro, a zakład jest tak naprawdę parę stacji od stolicy. A natrafiłem także na takie, gdzie Warszawa jest bardziej punktem orientacyjnym dla miejscowości, o której nazwie nigdy wcześniej nie słyszałeś. Nie oczekuję adresu z kodem pocztowym i numerem sali włącznie, ale ludzie – Pruszków, Sochaczew czy Marki to NIE jest Warszawa.

Nierzadko brak też informacji o rodzaju zatrudnienia. Ogłoszenie powoduje ślinotok, a potem wyrasta kwiatuszek w postaci umowy o dzieło, 3/4 etatu albo w ogóle umowy na zastępstwo, bo akurat zatrudniony na tym stanowisku facet jedzie na 2 miesiące w góry i „wicie, rozumicie, ktoś musi w tym czasie jego rzeczy ogarniać”. Podajcie drodzy pracodawcy co tak naprawdę proponujecie – rodzaj umowy, długość okresu próbnego, możliwość uzyskania zatrudnienia stałego, itp. To wbrew pozorom istotne.

Wspomnieliśmy o brakach w ogłoszeniach, ale co z informacjami, które tam są, ale – eufemizując – mijają się z prawdą? Nagminne jest pisanie w oczekiwaniach względem kandydata konieczność posiadania dyplomu ukończenia studiów. Ja rozumiem, że lekarz czy prawnik nie może być tylko po maturze. Podobnie zresztą jak inżynier czy innej maści specjalista. Ale serio – co daje owy papierek w przypadku wielu stanowisk szeregowych, w wyrastających jak grzyby po deszcze korporacjach? I to jeszcze z nieokreślonej specjalizacji („wykształcenie wyższe” – piszą w ofertach). Czyli jeśli jako absolwent liceum ubiegam się o pracę w dziale zakupów, to jednak lepszy ode mnie będzie gość po architekturze albo dziewczyna po mechatronice? I to TYLKO dlatego, że mają dyplom uczelni?

Języki obce. Tak, sporo firm, głównie tych większych, poszukuje kandydatów władających językiem angielskim i/lub: hiszpańskim, niemiecki, czeskim czy suahili. Zatrudniony człowiek będzie bowiem odpowiedzialny za kontakt z klientami rozsianymi na świecie lub za raportowanie do siedziby głównej w Ginsheim-Gustavsburg i w obydwu przypadkach mowa polska może być tu nie wystarczająca. W ogromnej ilości przypadków, językiem zagranicznym na terenie naszego przyszłego miejsca pracy posłużymy się po raz ostatni na rozmowie kwalifikacyjnej.

Przykładów braku lub podawania błędnych informacji możemy mnożyć (propozycje?), ale nie chciałbym też wyjść na malkontenta – wszak mimo swoich wad, system szukania pracy w Internecie jest raczej powszechnym standardem i tak naprawdę narzędziem, które zrewolucjonizawło tenże proces. Jednak w tym miejscu powoli kończymy wywody i ogólnie część pierwszą cyklu „Pracuj w PL” i jednocześnie zapowiadamy część drugą. Załóżmy, że wyselekcjonowaliśmy ogłoszenia dotyczące pracy marzeń, a nasze dokumenty aplikacyjne przy pomocy światłowodów dotarły do odpowiedniej firmy i tu pojawia się spora szansa na przejście do etapu REKRUTACJI.