FOTORADARY

FOTORADARY

Temat fotoradarów jest jednym z tych, wobec którego mało kto pozostaje obojętny. Dotyka głównie kierowców, ale takowych jest przecież cała rzesza, a w niekończącą się debatę wciągani są ich współpasażerowie, rodziny, znajomi. Dla jednych to maszynki do nabijania państwowej kabzy, dla innych zaś jedna z najskuteczniejszych szans zwiększenia bezpieczeństwa na drogach.

Jedni i drudzy mają sporo racji. Jak to często bywa – prawda leży gdzieś pośrodku. Są bowiem miejsca, w których ustawienie tych urządzeń ociera się o absurd i ciężko odeprzeć wrażenie, że jednym z ich głównych celów jest wyciągania pieniędzy z portfeli kierowców. Inne lokacje pozwalają natomiast przyklasnąć urzędnikom, gdyż obecność rejestratora zachęca do zdjęcia nogi z gazu i tym samym zwiększenia bezpieczeństwa okolicznych mieszkańców, względnie innych kierujących pojazdem.

I właśnie taki jest w teorii szczytny cel fotoradarów. Zarejestrowanie wykroczenia (przy większej prędkości – przestępstwa) ma skutecznie odstraszać rajdowców-amatorów od zbyt szybkiej jazdy. Zdjęcie może także wykazać, że kierujący nie zapiął pasów, nie włączył świateł lub rozmawiał przez komórkę, trzymając urządzenie w ręku. Nieuchronność takiej kary działa na wyobraźnie i raczej tylko totalne zagapienie, zagadanie się lub naprawdę ogromna potrzeba odwiedzenia toalety może sprawić, że kierowca świadomie zignoruje znak informujący o stojącym za kilkaset metrów fotoradarze. Jednak w tym miejscu musi paść kilka pytań.

Podstawową wydawałoby się kwestią jest, czy to faktycznie prędkość stanowi przyczynę wypadków/kolizji, a co za tym idzie – ofiar i rannych uczestników tychże zdarzeń. Nie zamierzam sypać tutaj masą statystyk, gdyż każdy zna stopniowanie kłamstwa podane przez Marka Twaina: kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki. Dowolne dane można podpasować do każdej tezy i jedni na ich podstawie wykażą, iż fotoradary uratowały miliony istnień, oponenci zaś udowodnią, że jedno z drugim nie ma związku. Ale tak na logikę – w jaki sposób prędkość może przyczynić się do wypadku na prostej drodze? Zwłaszcza takiej poza obszarem zabudowanym? No dobra – ktoś może nam nagle zjechać na nasz pas ruchu, wyskoczyć może zwierze, auto może wpaść w poślizg. Im mniejsza prędkość, tym większe szanse na przeżycie, ale nadal nie jest to pełna odpowiedź na pytanie. Uważam, że dużo większe niebezpieczeństwo stanowią same drogi – ich stan (koleiny, dziury), niedoświetlenie, prawdziwy wysyp w ostatnich latach wysepek, złe oznakowanie czy czasem nie do końca dobrze wyprofilowane zakręty.

Kolejna sprawa, to styl jazdy. Wspomniałem, że ktoś może nam krótko mówiąc zajechać drogę. Jest to zdarzenie niebezpieczne bez względu na prędkość. Ale nie tylko takie niespodzianki czyhają na nas na trasie. Wyprzedzanie w miejscu niedozwolonym lub tzw. na trzeciego, rozmawianie przez komórkę czy ogólnie zajmowanie rąk czym innym niż kierownicą, wymuszanie pierwszeństwa, nieznajomość przepisów obowiązujących na rondzie, niesprawne układy hamulcowe i kierownicze. Wystarczy ruszyć w miasto lub na trasę, by już po kilku minut odnotować zachowanie stwarzające zagrożenie. Prędkość ginie gdzieś w morzu naprawdę groźnych wykroczeń/przestępstw.

Lokalizacja radarów często pozostawia wiele do życzenia. O ile zrozumiem takie urządzenie w obszarze zabudowanym, gdzie kawałek prostej, ale otoczonej chodnikami z pieszymi zachęca do wdepnięcia pedału gazu, o tyle ustawienie go na trzypasmowej wylotówce z miasta nakazuje mi wierzyć w wersję maszynki do robienia pieniędzy.  A co do lokalizacji właśnie – omawiane przez nas urządzenia nie są w pobliżu dróg skrzętnie ukryte. Ich rozmieszczenie nie stanowi pilnie strzeżonej tajemnicy. Mało tego – zdecydowana większość z nich od lat stoi w tym samych, powszechnie znanych miejscach. A gdyby ktoś zapomniał lub jechał przez okolicę po raz pierwszy – odpowiednie znaki wyraźnie poinformują o ryzyku zrobienia płatnego zdjęcia. I tu kolejna wątpliwość – jaki jest tego sens?

Takie pytanie już kiedyś padło. W odpowiedzi można było usłyszeć, że brak oznaczenia lokalizacji fotoradarów byłby wodą na młyn zwolenników teorii, iż to jedynie narzędzia reperujące budżet. Czyli co – znak informujący o radarze ma stanowić ostatnią szansę dla pędzącego? Spowodować jego opamiętanie się? Nawet jeśli, to na krótkim dystansie i to dosłownie. Kto chce gnać, przyśpieszy zaraz po minięciu urządzenia. Jeżeli celem było zwiększenie bezpieczeństwa na drodze, to osiągnięto go tylko w zasięgu działania aparatu.

Nie oszukujmy się – oznakowane fotoradary nie mają wartości edukacyjnej, prewencyjnej czy korygującej. Powodują jedynie niemal bezwiedny odruch zdjęcia nogi z gazu zaraz za znakiem, ale tylko do wysokości urządzenia. Czy nie lepszy skutek odniosłyby mandaty, który kierującego uderzałyby raz po raz po kieszeni? Zgoda, nie każdego interesuje kwestia bezpieczeństwa na drodze, zarówno swojego jak i innych. Niewielu jednak ma w poważaniu stan konta. A już na pewno na wyobraźnię większości kierowców działa wizja utraty prawa jazdy.

Samej idei fotoradarów nie krytykuję. Nie twierdzę także, że prędkość sama w sobie nie ma znaczenia i potępiam zbyt szybką jazdę w miejscach, gdzie stanowi ona dodatkowe zagrożenie. Pochyliłbym się jednak nad ich niedoskonałościami, chociaż nad tymi najgrubszymi – rozmieszczeniu i oznakowaniu urządzeń. Warto także temat zgłębić, nie spłycać do kwestii samej prędkości. Problem bowiem często leży gdzie indziej – zarówno w samej infrastrukturze jak i w tzw. czynniku ludzkim. Jakkolwiek skuteczne będą fotoradary – czyli wyłapią jadących za szybko –  nie wyeliminują drogowego chamstwa, ryzykanctwa czy zwykłego braku umiejętności bezpiecznej jazdy. A właśnie takie czynniki, niekoniecznie prędkość, stanowią największe zagrożenie dla – jak to ktoś ładnie nazwał – uczestników ruchu drogowego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *