SNL POLSKA

SNL POLSKA

Bezgraniczny zachwyt wszystkim, co amerykańskie minął raczej bezpowrotnie. Nadal cenimy pochodzące stamtąd „rzeczy”, ale umiemy też na wiele z nich spojrzeć krytycznie, docenić wytwór z innego państwa czy nawet wyrazić słowa uznania dla czegoś nadwiślańskiego. Czasem jednak dziw bierze, dlaczego nigdy lub z ogromnym opóźnieniem przeszczepiamy pod nasze strzechy coś, co jest naprawdę dobre. Bardzo dobrym przykładem jest kultowy program satyryczny: Saturday Night Live.

Dla milionów Amerykanów SNL stanowi niemal stały punkt programu. Gwarantuje on rozrywkę na dość wysokim poziomie, pełni także funkcję opiniotwórczą (skecze polityczne nie są tam zwykłym kręceniem beki, przemycają bowiem prawdę, której nie podadzą w oficjalnych wiadomościach), potrafią co tydzień zaskoczyć czymś nowym i to pomimo, iż formuła programu od blisko 43 lat nie uległa diametralnej zmianie. Show posiada stałą, choć ulegającą naturalnym zmianą na przestrzeni lat ekipę aktorów/komików, każdy odcinek ma innego prowadzącego oraz gościa muzycznego (którym bywa sam prowadzący). Program (bo ciężko nazwać go zwyczajnie kabaretem) bierze na tapet aktualne wydarzenia (nie tylko polityczne), parodiuje znane postaci czy… inne programy rozrywkowe. Zaproszony muzyk/zespół wykonuje zazwyczaj dwa swoje utwory, nierzadko promując nową płytę czy w ogóle samego siebie. Formuła dość prosta, a jednak nie wyczerpała się po emisji blisko 900 odcinków wyemitowanych za wielką wodą.

Dlaczego więc nad Wisłą nikt nie wpadł na pomysł skopiowania amerykańskiego wzorca? Czerpiemy pełnymi garściami z ich szybkiego jedzenia, z hollywoodzkich produkcji, ze stylu ubierania czy muzyki, ale jakoś odnoszącego ogromny sukces giganta rozrywkowego pominęliśmy. Owszem, nie przeniesiemy tego z zachowaniem skali 1:1, bo o ile powiększony zestaw z colą light po obu stronach Atlantyku smakuje tak samo, o tyle już żarty z lokalnych celebrytów bawić mogą już tylko jedną widownię. Ale sama formuła? Tak, były już próby – mieliśmy wieczory z Alicją, Jagielskim, Wojewódzkim czy innym Majewskim, ale nikt do tej pory nie podjął próby przeszczepienia tego konkretnie programu. Mało tego – dopiero nadająca u nas od 2006 roku stacja Comedy Central zdecydowała o puszczaniu archiwalnych odcinków oryginału. Zawsze coś, choć nie wiem do końca jak Polaka może w 2006 roku bawić amerykański skecz z 1975?

Odważną próbę podjęła platforma streamingowa Showmax. Południowoafrykański gigant stawia sobie na cel promocję produkcji lokalnych na rynku, na którym działa. Chodzi tu zarówno o dzieła już zastane – dzięki temu wielu młodszych Polaków może legalnie obejrzeć kultowe polskie filmy – oraz tworzy lub wspiera powstawanie nowych („Ucho prezesa” chociażby). SNL Polska jest czymś pomiędzy – z jednej bowiem strony pomysł nie jest ani nowy, ani polski, ale jednak nad Wisłą niezbyt znany. Z drugiej zaś do tworzenia show angażuje właśnie Polaków – całą ekipę wraz z oczywiście aktorami. Przedsięwzięcie idzie na skalę szeroką – zaangażowani w program odbyli kilkutygodniowe szkolenie o twórców oryginału, od kuchni poznali cały proces powstawania skeczy, itp. W teorii zachowane skalę 1:1 – formuła programu, niektóre skecze (Weekend update) czy nawet wygląd sceny są kalką pierwowzoru. To, co czyni SNL „naszym”, są oczywiście już sami aktorzy i humor dotykający spraw lokalnych, rozumianych przez przeciętnego Igrekowskiego.

Kilkudziesięciominutowy odcinek nadawany jest – wzorem prawdziwego Saturday Night Live – w każdą sobotę na żywo. Rzecz jasna popisy komików nie są efektem pójścia na żywioł i totalnej improwizacji rodem ze „Spadkobierców”. Gagi czy skecze to efekt ciężkiej, trwającej tak naprawdę cały tydzień pracy aktorów ze stałej ekipy oraz zaproszonego gospodarza. Nie dostajemy więc pozbawionego błędów i wpadek dopieszczonego show – przejęzyczenie, zapomnienie kwestii czy niegrany timing są tu na porządku cosobotnim. I czynią program jeszcze śmieszniejszym (sprawdźcie odcinek z Karolakiem – podejrzewam, że skecz z Królem Salomonem był z założenia mniej zabawny, niż z totalną wtopą aktora). W repertuarze mamy: monolog prowadzącego, wyśmiewanie polityków, aktualnych wydarzeń, parodie znanych osób czy „produkcje” własne – kilkuminutowe scenki na wszelkiej maści tematy, niekonieczne związane z aktualnymi wydarzeniami w kraju. Dwa razy gra też zaproszony muzyk/zespół. Nie ma przerw na reklamy, zatem przywykliśmy też do ujęć z pracy ekipy technicznej. Możemy podpatrzeć, jak ustawiają się kamerzyści czy dźwiękowcy, jak stawiana jest scenografia, jak aktorom zmieniany jest make up, itp.

Jest sukces? Sam Showmax jeszcze nie umie tego powiedzieć i dlatego rozpoczęty w grudniu 2017 roku sezon (pierwszy z wielu, mam nadzieję!) zakończył w marcu roku 2018. Jak sami mówią – „by złapać oddech i wszystko policzyć”. I choć już odczuwam brak cosobotniej dawki humoru, to jednak jestem w stanie polski oddział zrozumieć. W końcu nie ruszyli w ogólnodostępnej telewizji, nie mają nawet w swojej działce monopolu, gdyż konkurują z Netfilksem. Nie każdy jest subskrybentem tejże platformy, a nawet i wśród nich samych pewnie nie wszyscy tego rodzaju rozrywką są zainteresowani. Słowem – zasięg SNL jest dość ograniczony, a żeby nie było to wszystko przaśne, nakłady czasowo-finansowe są natomiast ogromne. Nie posiadam danych mówiących, czy do tej pory show sukces osiągnęło. Tych na razie zresztą nie ma, stąd sam Showmax mówi o potrzebie „policzenia wszystkiego”. Subiektywnie, ale nie tylko moim zdaniem – moc jest już, a potencjał wciąż ogromny.

Amerykańskie pierwowzór wyszedł daleko poza ramy ot takiego sobie programu satyrycznego. Kształtuje style, opinie. Dostarcza powszechnie używanych żartów. Wypromował także sporo gwiazd: Dan Aykroyd, John Belushi, Chevy Chase, Bill Murray, Eddie Murphy, Martin Short, Damon Wayans, Joan Cusack, Robert Downey jr, Conan O’Brien, Mike Myers, Ben Stiller, Adam Sandler, Chris Rock czy Rob Schneide swoje pierwsze kroki przed kamerą stawiali właśnie w SNL. Oczywiście należy zachować pewne proporcje, gdyż nad Wisłą „show business” jest wciąż bardziej „szołbiznesem” – czyjaś ogromna poplarność kończy się zazwyczaj na granicy Polski, podczas gdy rzucone przeze mnie nazwiska znane są ogólnie na świecie. Nie wspominając już o samym rynku amerykańskim, przy którym nasz wygląda jak tzw. ubogi krewny.

Trzeba jednak SNL kibicować. Niby nie jest to w 100% „nasze, Polskie”, ale tylko okraszone polskością właśnie może przyczynić się do sukcesu – zarówno producentów jak i tworzących spektakl aktorów. Oczywiście nad Wisłą show business to wciąż bardziej szołbiznes, ale skoro sami nie bardzo umiemy coś od podstaw stworzyć, warto korzystać z naprawdę dobrych wzorców. Niby nawet najbardziej popularny format czy nazwisko traci swą moc zaraz za granicą Polski i nie ma najmniejszego sensu porównywać go z tym amerykańskim, ale nawet tu u nas można coś fajnego zrobić. I SNL ma ku temu wszelkie predyspozycje. Nawet, jeśli nie usłyszą o nas na świecie, to przynajmniej dla statystycznego zjadania chleba wreszcie może się pojawić alternatywa dla tych wszystkich Opoli, Ryjków czy Śmiechu (nie)warte, przy całym szacunku do tychże oczywiście.