RODO

RODO

O polityce oczywiście nadal nie piszę i pisać nie będę, natomiast są takie sytuacje, które dotyczą zwykłych obywateli w znakomitej większości. A przynajmniej jest tak w teorii. Nadchodzące wielkimi krokami RODO to temat tak gorący, jak talerz podgrzany w korporacyjnej mikrofalówce. I – zachowując analogię – z zimnym jedzeniem na nim.

Warto zacząć podobny wpis od encyklopedycznej definicji osławionego skrótu, który swoją drogą nieprecyzyjnie oddaje ukrytą pod nim treść. Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych to dla mnie bardziej ROODO. O ucięciu jednego ‚o’ zdecydowała niechybnie kwestia wymowy pełnego skrótu (pełny skrót, serio?). Ten ostatecznie przyjęty kojarzy się Polakom zdecydowanie lepiej. Takie RODOS bez ‚S’. I w sumie fajnie, bo w oryginale skrót ten to GDPR (General Data Protection Regulation). A co do samej definicji, to jest owo rozporządzenie niczym więcej, jak próbą dostosowania przepisów do zmieniających się czasów, przy jednoczesnej ich harmonizacji z regulacjami obowiązującymi wewnątrz Unii Europejskiej.

No i lawina ruszyła. Prace nad RODO, a co za tym idzie pierwsze informacje o nim trafiły do mediów blisko trzy lata temu, jednak im bliżej deadline’u (25 maja 2018), tym więcej paniki, teorii spiskowych oraz typowo januszowych wypowiedzi, zaczynanych od: „A ty wiesz, że to RODO…”. Nie podejrzewam sporej grupy rodaków o zadanie sobie kilkusekundowego trudu zajrzenia do wujka Google, by zwyczajnie zerknąć na jedno z oficjalnych źródeł i tym samym ujarzmienia tej okropnej bestii. Dużo wygodniej jest coś od kilku osób usłyszeć, gdzieś tam mignąć wzrokiem po nagłówkach w sieci, zmiksować to z własną wyobraźnią i ostatecznie wysmażyć kolejną teorię, w której to procent prawdy jest porównywalny do procentów zawartych w piwie dla kierowców.

Oczywiście hasło „dane osobowe” się w tych niesłychanych opiniach powtarza, czyli teoretycznie #cośtamwiemy. Podstawowy błąd dotyczy jednak grupy osób, których RODO dotknie. Otóż tak, ogólnym celem rozporządzenia jest ochrona rzeczonych danych osobowych, ale dla tzw. osób fizycznych nie oznacza to praktycznie żadnej zmiany. Lub precyzyjniej – nie wymaga od nas konkretnych działań. To o tyle istotne, że wielokrotnie słyszałem o wręcz strachu przed datą 25 maja, bo do wtedy (lub od wtedy)… No właśnie, co? Ano nic. Nowe przepisy, to konieczność podjęcia działań przez firmy. Szarym zjadaczom chleba pozostaje czekać na efekty.

Nie jest też oczywiście tak, że w ogóle nie odczujemy wchodzenia w życie nowych regulacji. Pomysł zrewolucjonizowania obecnych przepisów wynika bowiem z postępu techniki, czyli (skrótowo) z naszej obecności w Internecie i to na wielu płaszczyznach. O płaszczyznach piszę głównie po to, by nie być zakrzyczanym przez: „Ale ja nie mam konta na Facebooku!”. OK, jesteś bohaterem, ale skoro czytasz te słowa, to w sieci jakoś jednak jesteś. Prawdopodobnie masz też chociaż konto mailowe. Być może korzystasz też z innych serwisów, np. muzycznych czy filmowych. A już prawie na pewno masz komórkę, co po wprowadzeniu konieczności rejestracji telefonów na kartę oznacza, że twoje dane osobowe mimo wszystko wpadły w bezlitosne tryby machiny marketingowo-jakiejśtam.

Ze względu na powyższe, już teraz możemy być proszeni o ponowne wyrażenie zgody na pewne działania firm, które nasze dane posiadają. Przykład z ostatnich dni, to gdy agencje rekrutacyjne przysyłają do mnie maile z prośbą o decyzję, czy nadal mogą moim zacnym nazwiskiem dysponować. Tego samego spodziewam się po operatorze sieci komórkowej, Facebooku właśnie i paru innych podmiotach.

Swoją drogą moim genialnym pomysłem było to, by RODO automatycznie rozwiązało wszystkie dotychczasowe zgody udzielone przez obywateli i by te wielkie, okropne korporacje musiały nas jeszcze raz grzecznie poprosić o powiedzenie: „TAK!”. Niestety, z tego co czytam, nie w każdym wypadku węzeł gordyjski zostanie przecięty.

W teorii więc podmioty gospodarcze muszą swe działania dostosować do nowych przepisów. Muszą naszymi danymi zarządzać lepiej i bezpieczniej, uprościć pewne procedury (z możliwością wycofania zgody na czele), dać nam pełniejszy wgląd do tego, co na nas mają. Przewidziano także dość wysokie kary – nawet do 20 milionów w europejskiej walucie za każde złamanie przepisów. O teorii piszę jednak nieprzypadkowo, bo przecież mało jest takich przepisów, które z zegarmistrzowską precyzją przewidują każdą możliwą sytuację i jej rozwiązanie. Zwłaszcza, gdy debatujemy o takim giga przepisie, obejmującym swym działaniem całe kontynenty.

Dla szarych obywateli – również w teorii – idzie zmiana na lepsze. Co prawda nie uwolnimy się w cudowny sposób od mniej lub bardziej wyrażonych przez lata zgód, nikt też nie postawi nad nami tytanowego klosza ochronnego. Nadal będziemy bowiem narażeni na bezpardonowe ataki telemarketerów czy też maile od chcących powiększyć nam stan portfela, względnie długość penisa. Z drugiej zaś strony nowe regulacje są potrzebne. Poprzednie, nieco już skostniałe powstawały w czasach, gdy co prawda Internet i wszystkie jego dobrodziejstwa już istniały, ale skala zjawiska była nieco inna. Na nowe prawa można więc prychać z pogardą, ale chyba lepsze to, niż trwanie przy rozporządzeniach przedpotopowych.

Odpuszczę sobie moralniaka na koniec, że przepisy przepisami, ale każdy swój rozum ma i wszystkie swe działania winien z głową podejmować.