Niedziela (nie)handlowa

Niedziela (nie)handlowa

Prawie półtora roku temu w życie weszła ustawa, która powszechnie określana jest jako „zakaz handlu w niedziele”. Uproszczenie to dość spore, jednak spore są także zmiany, jaki ten dokument wprowadził do spokojnej codzienności przeciętnego zjadacza chleba. Choć pełnię nowych przepisów odczujemy dopiero w roku przyszłym, to już teraz pewne wnioski można poczynić. Czynię i ja.

Temat oczywiście znowu zahacza o orbitę polityczną i w takim kontekście jest dość szeroko komentowany – tamci by tego nie zrobili (opcjonalnie – mogli zrobić) albo ci następni to wycofają (opcjonalnie – zmodyfikują). Konsekwentnie unikam jednak wkraczania na tenże grząski grunt i sprawę obserwuję z pozycji konsumenta, którego najzwyczajniej w świecie nowe regulacje dotyczą. Dlatego też na bok odkładam wszelkie dywagacje związane z tym czy z innym ugrupowaniem politycznym, na tapet idą tylko kwestie czysto życiowo-konsumenckie. Ustalone?

Przy okazji takich debat zwykło się mówić, że kraj sprawa podzieliła na dwa obozy – tych za i tych przeciw. Gdzieś pomiędzy rozbite są także maleńkie obozowiska tych, którzy jeszcze nie do końca wiedzą, do której grupy dołączyć. Ewentualnie – mają ważniejsze sprawy na głowie choć obstawiam, że tak kolosalne zmiany musiały skłonić ich do choćby krótkiej refleksji. I – jak to przy obozowych podziałach bywa – jedni i drudzy swoje argumenty mają. Uważam, że decyzja o wyborze miejsca rozbicia swojego wyimaginowanego namiotu w dużej mierze zależy od optyki – z innej bowiem perspektywy będą się wypowiadać pracodawcy, z innej pracownicy, a z jeszcze innej klienci czy dostawcy. Ale o tym za moment.

Czy naprawdę w każdą niedziele zamknięte jest wszystko?

Wspomniałem, że określanie szeroko zakrojonych zmian mianem „zakazu handlu w niedziele” jest uproszczeniem wręcz skrajnym. Nie jest bowiem tak, że w każdy kończący tydzień dzień na cztery spusty zamknięta jest każda placówka, oferująca możliwość zakupu określonych towarów. Sama USTAWA przewiduje ponad 30 wyjątków, co już nam może mówić coś o nieprecyzyjności tegoż określenia. Niehandlowa niedziela nakłada spore ograniczenia, jednak nie jest też tak, że nie kupimy w te dni przysłowiowej bułki. Ponadto, dopiero w 2020 roku w większość niedziel sklepy (to kolejne uproszczenie, swoją drogą) będą zamknięte – w roku poprzednim sprzedaż można było prowadzić w pierwszą i ostatnią niedzielę miesiąca (a ustawa weszła od marca), w tym już tylko w ostatnią, a w przyszłym też znajdzie się kilka dni zakazem nieobjętych. Nie jest więc tak źle? Jeśli dodamy do tego wspomniane ponad 30 wyjątków, to nie – tragedii nie ma. Ubrania czy konsoli do gier nie kupimy, ale z głodu też nie umrzemy – czynne są np. sklepy pod szyldem pewnego sympatycznego płaza. Żadna ustawa – póki co – nie ogranicza też zakupów drogą internetową.

Optyka, czyli kwestia perspektywy

Od lat przyzwyczajeni byliśmy do możności robienia zakupów w zasadzie „zawsze”. Wiedzieliśmy , że sklepy zamykane są tylko na noc, a i to nie zawsze. Pewną niedogodność stanowiły wybrane święta, jednak do regularnego zamykania placówek co tydzień jeszcze obecne pokolenie musi przywyknąć. Ustawa więc nie tylko wiele zmieniła, ale także wywołała wiele dyskusji. Nie dziwne – w końcu dotknęła praktycznie wszystkich.

Kto się pod pojęciem „wszyscy” kryje? Wspomniane wcześniej grupy – pracodawcy, klienci, pracownicy czy dostawcy. Nie będę może wchodził mocno w szczegóły, gdyż o nich nie mam wiedzy (np. nie znam kompleksowo procesu planowania, dostaw czy magazynowania). Przeczytałem jednak i wysłuchałem niezliczoną ilość argumentów tych grup, często podzielonych wewnętrznie (jedni pracodawcy za, drudzy przeciw) i swoje obserwacje poczyniłem.

Pracodawcy muszą niechybnie zmodyfikować nie tylko grafiki swych podwładnych, ale ogólnie przemodelować swoje biznesy. W wielu wypadkach, zwłaszcza w dużych sieciach handlowych, nie jest to kwestia jedynie nie otwierania swoich podwojów w niedziele. Różne dane jasno mówią, że dla takich placówek weekend (a więc i niedziela) to czas prawdziwych żniw i ustawa – w skrócie – pozbawia ich dużej części miesięczne/kwartalnego/rocznego zysku. Wymusza też szereg innych zmian (kosztów), które w ten czy w inny sposób uderzają w klientów czy pracowników właśnie. Słyszałem straszne wieści o konieczności nawet całkowitego zwinięcia interesu, choć w takie historie wierzę średnio. Potrafię także wyobrazić sobie plusy zaistniałej sytuacji dla tejże grupy – nierzadko bowiem pracodawca jest jednocześnie pracownikiem i dzień wolny od pracy może być mu na rękę. Zwłaszcza, gdy niedziela – w przeciwieństwie do dużych sieci – nie była dla niego wcale dniem żniw, może nawet zysk nie był współmierny do ponoszonych kosztów.

Pracownicy wbrew pozorom nie są z nowych rozwiązań tylko zadowoleni. Oczywiście świadomość o większej ilości dni wolnych, czasu, który będą mogli spędzić z rodziną, przyjaciółmi lub zwyczajnie sami ze sobą napawa optymizmem, jednak sprawa nie jest taka czarno-biała. Co na to studenci dzienni, dla których sobota i niedziela stanowiły okazję do zarobku, a zatem często też do opłacenia czesnego czy stancji? Lub, bardziej prozaicznie – do zdobycia bezcennego doświadczenia zawodowego? Albo nawet regularni pracownicy – w tym wypadku wieści o konieczności (uwaga, brzydkie słowo) redukcji zatrudnienia nie są już tylko wyssanymi z palca historiami. Pamiętam, gdy pierwsze przymiarki do podobnej ustawy czynione były wieki temu, miałem (nie)przyjemność pracowania w galerii handlowej. Poruszyliśmy temat na jakiejś przerwie i szef bez ogródek oznajmił, że jeśli dokument przejdzie, minimum jedna, a może i dwie osoby pójdą na zieloną łączkę. Wtenczas jedni by się cieszyli z dodatkowego dnia wolnego, inni mieliby wolne do czasu znalezienia nowej pracy.

Poza tym mowa tu tylko o określonej grupie pracowników, których ustawa bezpośrednio dotyka. Słyszałem jednak głosy zatrudnionych chociażby w gastronomii czy usługach (głównie restauracje czy kina), którzy również chcieliby ten jeden dzień w tygodniu mieć z automatu wolny (i tylko ten dzień, nie do czasu znalezienia nowej pracy). Teoretycznie więc rzesza pracowników z dziedziny handlu stała się niejako uprzywilejowana, jednak nawet pobieżne wejście w szczegóły wykaże, że pomiędzy bielą a czernią są również odcienie szarości.

Skrajnie negatywne podejście zdaje się mieć grupa największa – konsumentów. Dlaczego największa? Z prostej przyczyny – możesz być bowiem pracodawcą, dostawcą czy nawet ustawodawcą, ale jesteś także konsumentem. Bez dyskusji. Dlaczego negatywne? Jako klienci przyzwyczajeni zostaliśmy do takiego, a nie innego modelu kupowania i ustawa pogrzebała ten model w gruzach. Wiele osób bowiem szeroko pojęte zakupy planowało właśnie na niedzielę. To ten dzień dla wielu jest (nomen omen) wolny od pracy lub ogólnie od obowiązków. To także kilka godzin spędzonych w galeriach handlowych, gdy zakupy były połączone z wizytą restauracji i/lub w kinie. Znam ludzi, dla których niedziela była w teorii jedynym dniem, gdy mogli uzupełnić swoje spichlerze. Stwierdzenie o gruzach nie jest więc całkiem nieprawdziwe.

Zmiany, zmiany, zmiany

Na gruzach idzie jednak zbudować coś nowego. W tym wypadku rzesze konsumentów nie tyle zostały pozbawione robienia zakupów w ogóle – im tę możliwość ograniczono, nieco zmieniono. I zmian muszą teraz dokonać właśnie oni. „Zakaz handlu w niedziele” zmusza nas wszystkich do przeredagowania swoich planów, być może też większej dyscypliny (muszę zrobić zakupy dziś, bo jutro zamknięte). Nie chcę tu wnikać w motywy wprowadzenia ustawy (mówiono m.in. o polityce prorodzinnej), bo nie jest to przedmiotem tej notki. Nie chcę tu wykazywać, jak to faktycznie zamiast w mięsnym, można z żoną spędzić czas w parku. Rzecz idzie o same zakupy i to głównie na tym polu nastąpić muszą zmiany właśnie. Gdyby sklepy zamknięto w ogóle, mówilibyśmy nie tyle o gruzach, co prawdziwym leju po bombie, do tego skażonym silnym promieniowaniem. Ale mówimy tylko o jednym dniu w tygodniu, o nieco ponad 40 dniach w roku (ktoś policzy dokładniej?). Do tego pamiętajmy o przeszło 30 wyjątkach (sympatyczny płaz czeka) czy zakupach internetowych. Nie umrzemy więc z głodu, wprowadźmy tylko pewne zmiany.

A czy sama ustawa zostanie zmieniona lub – skrajnie – wycofana? Cóż, tego nie wiemy i tu wkroczyć by trzeba było w odmęty polityki. Bez końca debatować o plusach/minusach rozwiązania poprzedniego, obecnego czy ewentualnego przyszłego. Pozostaje więc dostosować się do stanu aktualnego i będzie on albo chwilowy albo właśnie przechodzimy próbę generalną przed nową epoką zakupów.

Dodaj komentarz