ROWEREM PRZEZ MIASTO

ROWEREM PRZEZ MIASTO

Gdybyśmy paręnaście lat temu spytali rowerzystów o ich opinię na temat poruszania się po mieście, niechybnie pomstowaliby oni na ówczesne warunki, uczciwie jednocześnie przyznając, że jest lepiej niż kiedyś. A jak jest teraz?

Wyobrażam sobie, że z powszechnością rowerów jest trochę jak dawno temu z samochodami lub jak teraz z hulajnogami – to wciąż budzące skrajne emocje zjawisko, do którego dorastamy, ale do pełni dojrzałości droga wciąż daleka i wyboista. Bicykl z jednej strony reklamujemy jako zdrowszą alternatywę dla samochodów czy nawet komunikacji miejskiej, z drugiej zaś wciąż los rowerzystów w terenie zabudowanym do lekkich nie należy. Ale po kolei.

Infrastruktura

Ankietowany naście lat temu cyklista pozazdrościłby dzisiejszemu koledze imponująco rozbudowanej sieci ścieżek rowerowych. To fakt, do tego jak najbardziej autentyczny – wydzielonych pasów chodnika czy nawet jezdni mamy w tej chwili naprawdę sporo, dzięki czemu posiadacze dwóch kółek mogą w naprawdę wiele miejsc dotrzeć bez konieczności uprawiania slalomu między autami czy ludźmi. Stwierdzeniem, że dojedziemy takowymi ścieżkami „wszędzie”, dokonamy jednak daleko idącego nadużycia. Tu nadal wygrywa komunikacja miejska, o własnym aucie czy dojściu z buta już nie wspomnę. Tak, wiem – rower to relatywnie najszybsza forma dotarcia do celu, zwłaszcza w tzw. szczycie, ale mówię na razie o typowo rowerowej infrastrukturze. Trend jest jednak pozytywny – nowe inwestycje zazwyczaj uwzględniają budowę ścieżek, w wielu miejscach są one dobudowywane lub – względnie – wydzielane na istniejącej już drodze. Jeśli zachowamy umiar w oczekiwaniach (nie wszędzie osobne ścieżki są konieczne) oraz wyobraźnię (nie wszędzie się już da), przyznamy bez bicia, że włodarze miejscy rowerzystów traktują serio. Kamyczkiem w ogródku mogą być jedynie niezrozumiałe potworki, np.: ścieżki o długości 5-10 metrów, przerwy w ciągu bez wyraźnego powodu czy też zupełnie niepotrzebne zygzaki z chodnikami.

Piesi

A co gdy w naszej rowerowej podróży przez miasto ścieżka się właśnie skończyła lub jeszcze nie zaczęła? Cóż, wtedy do wyboru mamy chodnik lub jezdnię. O tym, że jest to w istocie wybór między dżumą a cholerą przekona nas niejeden cyklista. W pojedynku pieszy vs rower gotów jestem przytaknąć racjom obu stron. Pierwsi bowiem na chodniku czy przejściu przez jezdnie oczekują przede wszystkim innych pieszych, a nie manewrującej machiny, która – i piszę to całkiem serio – wywołać może prawdziwy niepokój. Zwłaszcza, że ludzie lubią nieoczekiwane zwroty akcji w swoich pieszych wędrówkach, np. bez konkretnego powodu odbijają na bok czy ogólnie idą, jak by tropili węża. Kierujący rowerem zawsze poda jeden, koronny argument – brak ścieżki. Ewentualnie dopowie, że na ulicy stworzy jeszcze większe zagrożenie. Czy potraficie obalić któryś z tych argumentów?

Oczywiście sporo zależy też od konkretnego miejsca czy nawet pory dnia. Czym innym jest próba przebicia się rowerem przez zatłoczony chodnik w centrum miasta o 7-8 rano, a już jazda w ciągu dnia na peryferiach jest zgoła odmienną historią. Tu dorzucę małe marudzenie – drodzy piesi, tak chodnik należy do was, ale minimum pomyślunku jest wskazany.

Sytuacja nr 1 – dość szeroki chodnik przylegający do trasy szybkiego ruchu, ścieżka po jej drugiej stronie, a przejścia/przejazdu w najbliższej okolicy brak. Jadę rowerem, przede mną dwie osoby z chyba czterema psami. Piesi, psy oraz skomplikowana sieć smyczy zajmuje całą szerokość chodnika i kawałek trawnika (przy czym na trawniku była pani, żaden z psów, ale to dla historii ma mniejsze znaczenie). Dzwonkiem dałem znać, że chcę przejechać, bez jakiejś większej presji, ale ich próba przepuszczenia mnie zawikłała sieć smyczy jeszcze bardziej i tylko czekałem na slapstickowy finał. Ostatecznie wyminąłem ich trawnikiem, usłyszałem jednak, że przecież to nie jest ścieżka. Ja na to, że owszem, ale pieszo też bym ich w tej sytuacji nie miał jak wyprzedzić. Pan wskazał mi na ulicę (przypomnę – trzypasmową trasę szybkiego ruchu, rowerem tam zwyczajnie nie wolno jechać) i ogólnie nakazał czym prędzej odjechać. Dalszą część rozmowy zachowam dla siebie.

Inna sprawa, że piesi sami często zagrożenie generują na ścieżce rowerowej. Tu wrócę do myśli z poprzedniego podtytułu – dwa kółka w mieście to wciąż zjawisko nowe, jak drzewiej samochody. Gdybym całkowicie wyzbył się podejrzeń o złe intencje (czyt. głupotę) pieszych, obarczyłbym winą ich nieświadomość. Nieświadomość tego, iż właśnie kroczą po przeznaczonej dla rowerów drodze i że za moment taki pojazd naprawdę się pojawi. Nie robią przecież tego samego na ulicy – nie idą sobie radośnie po pasie ruchu i nagle z zaskoczeniem stwierdzają, że trąbi na nich próbujący przejechać samochód. A dryndający dzwonkiem rowerzysta to jednak wciąż autentyczne zaskoczenie.

Z drugiej strony, jak już ustaliliśmy, rower w mieście nie jest już od dawna zjawiskiem marginalnym. Przemierzając miasto zazwyczaj uważamy na siebie i innych, czas serio brać pod uwagę także rowerzystów.

Sytuacja nr 2 – jadę ścieżką, przede mną rodzina z dziećmi (choć tu pewności nie mam, więc po prostu dwoje dorosłych i dwoje małych dzieci). Klasyczny fragment, gdy równolegle do siebie biegnie ścieżka właśnie, ale i chodnik. Państwo zajmują 3/4 obydwu ciągów, przy czym śpieszę zaznaczyć, że w proporcjach: cała szerokość ścieżki i kawałek chodnika, nie odwrotnie. Wyprzedzenie bez ustępstwa z ich strony nie wchodziło w grę – musiałbym albo nagle pojawić się na jezdni pod prąd albo na chodniku tuż przed idącymi z naprzeciwka ludźmi. Nie chcąc wywierać presji zwolniłem i odpuściłem sobie dryndanie. Pani jednak widząc mnie kątem oka pośpiesznie zgarnęła dzieci, rzucając dość głośno: „Chodźcie, bo panu najwyraźniej jest za mało miejsca”. Dzieci – rośnijcie zdrowe w przekonaniu, że rowerzysta na ścieżce, to czyste zło.

Kierowcy

Rower na drodze to dla wielu kierowców obiekt porównywalny z autem nauki jazdy lub dziadkiem prowadzącym skodę na czarnych tablicach. Na cyklistę trzeba uważać, zwolnić, wyprzedzić szerokim łukiem, no tragedia po całości. Zwłaszcza, że każdy sposób jazdy jest zły – blisko prawej krawędzi wymusza na aucie zjechanie bardziej do środka, prawie pod prąd. Bliżej lewej – spycha auto do prawej, a tam przecież nierówności, krawężniki, studzienki. Środkiem to już w ogóle zbrodnia. Prawda jest jednak tak, że od lewej, przez środek aż do prawej, rowerzysta zwyczajnie ma prawo jechać. Nie spotkałem jednak takich, którzy chętnie z tego zapisu korzystają i raczej mają baczenie na kierowców. A sami kierowcy – cóż, są i tacy co przepuszczą, zrobią odstęp, niemal pomogą. Krótko mówiąc, nie są jednak obecnością rowerzystów zachwyceni.

Warto jednak wspomnieć o innym zachowaniu kierowców, który ma wpływ nie tylko na rowerzystów. Większość aut, które niespodziewanie zajechało mi drogę, to byli prowadzący z komórką w ręku. Zwłaszcza w korku, gdy czujność się obniża, choć powinna być wzmożona. Pisanie smsa, maila czy tweeta jest w takich sytuacjach normą i powoduje realne zagrożenie. Podobnie zresztą jak niemal całkowity brak baczenia na cyklistów podczas skręcania w prawo – o ile przejście dla pieszych kierowcy respektują, o tyle ścieżkę – na której przecież rowerzysta też ma zielone światło – traktują bardziej jako wydzielone pole do zatrzymania pojazdu. Mógłbym zawrzeć jakiś pakt z blacharzem i seryjnie walić w drzwi samochodów, które – z winy i na koszt kierowcy – byłyby w zakładzie blacharskim naprawiane.

Kto jest bez winy, niechaj…

Rowerzyści nie są w tej całej sprawie uciemiężonymi, stojącymi na straży prawa pokrzywdzonymi uczestnikami walki z wrogo nastawionymi pieszymi czy kierowcami. Swoje za uszami też mamy i mówię to nie tylko jako rowerzysta, ale także jako osoba jeżdżąca samochodem. Powszechny jest chociażby brak sygnalizowania manewru, zwłaszcza na ścieżkach. Dodajmy do tego jazdę w słuchawkach, stukanie w smartfona czy brawurę na przejściach dla pieszych. O jeździe równolegle z kolegą/koleżanką, czyli de facto pod prąd, rozpisywać się nie będę. Wiele zmienia się na lepsze, ale nikt za rowerzystów ich wizerunku nie wyrobi. Jakakolwiek kampania informacyjna trafi w próżnię, gdy pieszy poczuje zagrożenie na chodniku czy kierowca z trudem wyhamuje przed wyczynowcem-amatorem.

Ostatnimi czasy przez media przetacza się debata na temat hulajnóg. Zjawisko przybiera już rozmiary takie, że nie sposób go zignorować i należy jakoś sprawę uporządkować. Jednocześnie jednak nie można uznać debaty rowerowej za skończoną. Tym bardziej, że hulajnogi najprawdopodobniej zostaną wtłoczone na ścieżki rowerowe. Jest więc moment znakomity, by w raz z normowaniem przepisów dotyczących tychże pojazdów, nieco odświeżyć sprawę bicykli.