JEŚLI NIE TERAZ, TO KIEDY?

JEŚLI NIE TERAZ, TO KIEDY?

Pandemia wyrządziła i niestety wyrządzi jeszcze wiele złego. Wymusiła na ludzkości mnóstwo zmian, w tym pozytywnych. Wykonaliśmy chociażby potężny skok w kwestii pracy zdalnej. Zaraz nastąpią dwa kroki w tył, czy jednak już w tym kierunku podążymy. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Pierwsze przymiarki do wykonywania pracy na odległość datować można pewnie na czasy, gdy do rąk pracowników trafiły laptopy, a pod ich strzechy zawitało w miarę stabilne łącze internetowe. Oczywiście można tu przywoływać historie jeszcze bardziej zamierzchłe, jak słynne niegdyś skręcanie długopisów. Ale motyw regularnego zarobkowania bez konieczności docierania do siedziby firmy, jest stosunkowo młody. Tzw. home office stopniowo zaczął wchodzić do korporacyjnego repertuaru benefitów (na liście gdzieś pomiędzy prywatną opieką medyczną, a telefonem komórkowym do użytku służbowego). Ale czy ten incydentalny dodatek może się stać całkowicie normalną formą pracy?

Zacznijmy od oczywistej oczywistości – nie każdą pracę można wykonywać bez wychodzenia z domu. Budowlaniec nie wstawi sobie do salonu betoniarki, kierowca autobusu nie przewiezie pasażerów wirtualnie, lekarz nie wykona operacji w małym pokoju. Pandemia wymusiła jednak na wielu branżach podjęcie próby przeniesienia wykonywanych obowiązków do domu pracownika. W zaskakująco wielu przypadkach próby udanej. Dotyczy to zwłaszcza tych profesji, które z powodzeniem można uprawiać przy pomocy rzeczonego laptopa, Internetu czy komórki. Wszystko to, co robiliśmy w biurze, jeden do jednego robimy we własnych czterech ścianach.

Inna sprawa, że nie każdemu taki charakter pracy odpowiada. Kupuję argumenty typu: „w biurze to się jednak z ludźmi pogada”, „zawsze łatwiej rozwiązać problem”, „chcę oddzielić dom od roboty”. Rozumiem też, że nie każdy ma do tego warunki – brak miejsca czy dodatkowego monitora, radiowy Internet, szóstka dzieci w domu. Słowem – nawet, jeśli się da, to nie chcę (nie mogę).

Istnieje takie skostniałe poczucie, że pracownik ma być w pracy, na miejscu, od do i koniec. Po to jest biuro. A w domu, to wiadomo – będzie spał do oporu, w ciągu dnia się poobija, robota leży, a on kasę zgarnie. Tylko mając go na oku, przy sobie, można być pewnym, że zrobi to, co do niego należy. Dlatego do tej pory home office był bardziej dodatkiem, może nawet nagrodą czy po prostu wyjątkiem od panującej reguły. Ot, kurier ma przywieźć paczkę o 11:00, dzieciak jest chory, względnie ja się słabo czuję. Ale żeby tak na stałe?

Trwa mniej więcej trzeci miesiąc społecznej izolacji, podczas której wiele zakładów pracy rozparcelowano po tysiącach prywatnych domów i mieszkań. Z dnia na dzień wprowadzono globalnie to, co w różnych zakątkach świata było właśnie tym wyjątkiem od reguły. Bez półśrodków, stopniowania, prób. Po prostu – mokry sen wielu pracowników korporacji (ale nie tylko) nagle się urzeczywistnił. I teraz tak z ręką na sercu – jeśli z rozważań wyjmiemy skutki pandemii same w sobie (w skrócie – „po prostu” pewne bramże dostały po pupie), to czy pracujący z domu zatopili swoje firmy i udowodnili, że jednak praca to tylko w biurze?

Zwolennicy pracy zdalnej podkreślają zalety – odpada czas (i koszt!) dojazdu, dużo łatwiej przełknąć nadgodziny (bo i tak jesteśmy już w domu), nie trzeba też na wieczory/weekendy kumulować prania, zmywania czy zakupów. Faktycznie można też dłużej pospać, nie zawsze też trzeba być ogolonym, wyprasowanym czy nawet umytym. Nic nie stoi też na przeszkodzie harować w zaciszu własnego ogródka, działki czy w ogóle dowolnego zakątka świata.

Pracodawcy? No tak, tracą możliwość doglądania swych podopiecznych. Ale czy na pewno? Pomijam już kwestię, że przecież zawsze można zadzwonić czy wysłać maila by sprawdzić, czy sumiennie wykonujemy swe obowiązki. Ale hej! Serio, dorośli i odpowiedzialni ludzie wykorzystają permanentny home office do bumelowania bez granic licząc, że 10-tego i tak kasa zawsze wpadnie? Parę dni taka farsa przejdzie, ale żeby jakoś dłużej? Przecież zawalone zadania – podobnie jak pandemia – nie znikną cudownie i pozorowanie pracy w końcu zaprowadzi prędzej niż później pozoranta na zieloną łączkę.

Temat niechybnie nie jest czarno-biały, czy też – idąc z duchem czasu – zero-jedynkowy. Jak mawiał klasyk, tu trzeba usiąść, policzyć. Nieuzbrojonym okiem widać jednak, że ludzkość wykonała ogromny, wymuszony skok w… przyszłość? Przyszłość, w której pracownik nie jest zobligowany do wymyślonego na potrzeby fabryk systemu pracy w konkretnym budynku i w wyliczonym co do nanosekundy czasie. Którego wydajność, ze względu na większe zadowolenie z życia (wyspanie, częstsze obcowanie z rodziną) wbrew pozorom rośnie.

Który koniec końców po prostu wykona swoją robotę tak, jak robi to od szeregu tygodni. Miliony mu podobnych zdało globalny test na wykonywanie pracy w całości lub w dużej mierze poza murami biura. Pokazał, że jesteśmy gotowi na nowy etap w historii rynku pracy. Kurczę, jak nie teraz, to kiedy?